CZY WARTO SŁUCHAĆ SZEPTU ZAGUBIONYCH DUSZ? PARĘ SŁÓW O TOMIKU ANNY BROCZKOWSKIEJ [RECENZJA]
W epoce Tindera o rozczarowaniach najłatwiej pisać nam na facebookowych grupach lub w wiadomościach do znajomych. Anna Broczkowska w swoim tomiku „Zagubione dusze” idzie inną drogą i zamyka te emocje w tradycyjnej formie poetyckiej. Sprawdźmy, co kryje się w wierszach, które – zamiast krzyczeć – wolą szeptać.
Wiersze o emocjach bardzo łatwo jest zamknąć w dosłowności i patosie, ale w poezji najciekawiej się dzieje, kiedy autor pozostawia miejsce na interpretacje swoich tekstów. Zobaczmy, ile takiej przestrzeni ukrywa się w „Zagubionych duszach”.
Kilka słów wstępu
„Zagubione dusze” to debiut poetycki autorki. Tomik został wydany w 2026 roku nakładem wydawnictwa Poesis, które wspiera młodych autorów w pierwszych krokach literackich.Ten tomik jest dla autorki bardzo dużym krokiem w rozwoju poetyckiego warsztatu. Autorka na co dzień zajmuje się studiowaniem pedagogiki – co pozwala jej lepiej odkrywać tajniki ludzkiego zachowania i potrzebami człowieka, a prywatnie jest fanką filozofii i anime. Posiada kota o imieniu Luluś.
Bez filtra o samotności i o relacjach
Główną bohaterkę tomiku moglibyśmy określić jako dobrą znajomą, która dzwoni do nas o drugiej w nocy i liczy na to, że wysłuchamy jej po spotkaniu z osobą, w której się skrycie podkochuje, ale nie ma szans na głębszą relację, bo ta druga strona nie jest zainteresowana zbliżeniem się do podmiotu autorskiego. Widać, że takie zachowanie zdecydowanie tej znajomej przeszkadza i chciałaby to zmienić, ale ona nie odpuszcza i brnie w tą relację dalej, pomimo że z perspektywy trzeciej osoby ta relacja jest totalnie bez sensu, czyli tzw. friendzone. Autorka porusza się po dość jednolitej przestrzeni, jaką są uczucia osoby odrzuconej przez drugiego człowieka. Czasami wychodzi spoza swojej głowy w przestrzenie oniryczne, śniąc o swojej ukochanej osobie. Tomik w swojej tematyce jest dość spójny, autorce zdarza się niestety wpadać w monotematyczność, co po kilku wierszach może najzwyczajniej czytelnika bardzo męczyć i zniechęcać do dalszej lektury tomiku.
Wielkie słowa czy popadanie w patos?
Utwory zebrane w pierwszym tomiku Anny Broczkowskiej cierpią na specyficzną przypadłość, popadają w skrajną prostotę, która nie wyróżnia tej pozycji na tle innych książek poetyckich dostępnych na półkach. Autorka wyraźnie unika skomplikowanych porównań, skupiając się wyłącznie na bezpośrednim zapisie stanu emocjonalnego podczas pisania tego tomiku. Czego przykładem może być taka metafora jak „żarliwym ogniem”, co jest wręcz wybitnym przykładem metafory dopełniaczowej, która brzmi jak z okresu Młodej Polski, czy też międzywojnia. Jeśli autorka chciała taki zabieg zastosować, to jestem to w stanie zrozumieć, ale zważywszy na to, że jest to jej pierwszy tomik poetycki, nie wydaje mi się, że autorka to zrobiła celowo i świadomie. Może jest to moja jakaś naleciałość z tekstów hiphopowych, ale rani mnie używanie porównań „jak coś”, czego przykładem w tym tomiku jest wers „Tak jak Joseph Grand”. Również nie wybija ono autorki na wyżyny poetyckich zdolności, natomiast trzeba pamiętać, że jest to pierwszy jej tomik. Można sugerować, że autorka to także podmiot liryczny tej pozycji. Inne postacie pojawiają się, lecz nie jako podmiot liryczny, tylko jako osoby, które współistnieją z nim.
Prostota, szansa na wyratowanie tego tekstu kultury czy jego pogrążenie?
Paradoksalnie, pomimo prostoty tekstów, w tej prostocie można się najzwyczajniej w świecie zgubić i tutaj jest największy problem tego tomiku. Metaforyka w tym dziele zatrzymuje się na poziomie ucznia szkoły średniej, któremu wydaje się, że potrafi pisać poezję, podczas gdy jedyne co robi to popada w patos. Cytując Szymborską, która idzie za Rilke: „Rilke odradzał młodym poetom tematy zbyt ogólne i obiegowe, bo te są najtrudniejsze i wymagają dużej pisarskiej dojrzałości. Zalecał pisać o tym, co się widzi koło siebie, czym się żyje na co dzień, co się zgubiło, co się znalazło. Do wierszy wprowadzać radził rzeczy, które nas otaczają, obrazy ze snów, przedmioty wspominane. Jeśli codzienność wydaje ci się zbyt uboga – pisał – nie wiń jej o to: wiń samego siebie, że nie dość jesteś poetą, aby dostrzec jej bogactwo”. Autorka zdecydowanie nie zna tego cytatu, a szkoda, bo mogłaby pisać lepsze teksty. W tym zbiorze poetyckim rzadko się zdarza, aby osoba pisząca wychodziła poza wielkie słowa, w utworach brakuje gier słownych czy też głębszej pracy nad kontekstem, wszystko jest tutaj podane dosłownie, co odbiera czytelnikowi pole do własnej interpretacji tekstu. Teraz przejdę do wersyfikacji i do tego, jak jest ten tomik zbudowany na płaszczyźnie rytmu.
Nie do rymu, nie do taktu, czyli co mnie boli w wersyfikacji i nie tylko
Spore problemy konstrukcyjne widać na płaszczyźnie rytmicznej wierszy, momentami on próbuje się przebijać, lecz częściej jest go brak niż jest on obecny. Jeszcze większy zgrzyt we mnie wywołuje wersyfikacja, autorka próbuje pisać wierszem wolnym, ale jednocześnie każde zdanie zaczyna wielką literą, co chociażby dla studenta pierwszego roku specjalności artystyczno-literackiej będzie sugerowało, że coś tu jest bardzo mocno nie tak. Wysuwa się na pierwszy plan zabawa łacińskimi sentencjami, lecz rodzi to bardzo trywialny problem, jakim jest niezbyt szeroka znajomość łaciny poza filologiczną bańką, która to jest dość specyficzna, jeśli chodzi o znajomość języka łacińskiego. W książce przydałyby się przypisy, które tłumaczą te łacińskie sentencje i pozwoliłyby czytelnikowi łatwiej odnaleźć się w lekturze, a tak to mamy do czynienia z przełożeniem autorki na czytelnika, czyli że czytelnik podczas lektury będzie cierpiał. Sporym utrudnieniem w odczycie tego zbioru wierszy okazuje się być niewystarczająca praca redaktorska i korektorska, przy czym muszę zaznaczyć, że może ona dotyczyć tylko i wyłącznie mojego niezrozumienia zabiegów poetyckich przeprowadzonych w tym tomiku. Natomiast to utrudnienie tym bardziej martwi, gdyż jest to głos nowonarodzony, debiutancki, który powoli kształtuje swój własny byt. W wielu wierszach na pierwszy plan wysuwa się potrzeba przepracowania trudnych emocji czy też traum, jest to samo w sobie bardzo naturalne i stanowi bardzo powszechny impuls twórczy, jednak w tym wydaniu zdecydowanie nie rozumiem większości zabiegów stylistycznych i korektorskich. Ciekawym kierunkiem poszukiwań inspiracji mogłaby się okazać lektura Justyny Kulikowskiej lub Antoniny Tosiek, które świetnie pokazują, jak połączyć ładunek emocjonalny z dyscypliną językową. Choć jako całość tomik nie do końca spełnił moje oczekiwania, kryje się w nim kilka obiecujących momentów, do których to przejdę w dalszej części tekstu.
Parę pozytywnych słów o tomiku
Autorce pomimo patosu i banalnych porównań zdecydowanie udaje się nawiązywać do popkultury w sposób ciekawy i nie dający wrażenia: „A po co to tutaj jest?”. Przykładem takowego wiersza jest Mulier’s vita, gdzie autorka trafnie punktuje dwulicowe oczekiwania stawiane wobec kobiet w świecie:
„Na uczelnię – za głupia
Do pracy – zbyt mądra
Tak samo z wyglądem:
Dobry biust – za dużo ciała
Idealnie chuda – deska”.
Broczkowska Anna, Zagubione dusze, Poesis, 2026, s. 34
Autorce zdarza się też ciekawie pisać o presji społecznej i o scenariuszu swojego życia, który jest bezsensowny. Zmusza się, aby takową decyzję podjąć.
„Zaręczyny, ślub, dom, rodzina…
To nie ma sensu”.
Broczkowska Anna, Zagubione dusze, Poesis, 2026, s. 28
Muszę stwierdzić z bólem że to jedyne momenty, a bardziej jedne z niewielu, kiedy autorka wychodzi poza monotematyczność w tomiku, a szkoda, bo uważam, że lepiej pisać o paru tematach, ale w kółko, niż pisać o jednym temacie i tylko zmieniać czasami słowa. Niestety jest to przypadłość młodych poetów, że nie są oni przygotowani na pisanie poezji, z czego wychodzi taki tomik jak ten.
Próba intertekstualności
Mam swego rodzaju ból głowy, jeśli chodzi o intertekstualność w tym tomiku, bo to, że ona jest, to jest całkiem naturalne dla tomików poetyckich, ponieważ poezja nie jest osobnym bytem, który jest samowystarczalny, musi ona być w jakimś kontekście. Tyle że autorka w większości streszcza oglądane czy też czytane przez siebie dzieła, nie nadając im żadnego nowego kontekstu, co jest dla mnie osobiście dużą stratą, bo można to było zrobić lepiej. Aby dobrze wprowadzić inne konteksty, autor musi mieć świadomość, że nie każdy to nawiązanie będzie znał. Co innego jak autor celowo chce, aby czytelnik czy też słuchacz szukał nawiązań, lecz Broczkowska ewidentnie wrzuca wiersz, który jest streszczeniem anime Kuroshitsuji, co nie pozwala mi jako czytelnikowi pobawić się intertekstualnością, tylko dostaje na twarz streszczenie tego anime w paru quasi poetyckich wersach. Autorka również wspomaga się nawiązaniami do postaci Josepha Granda, co uwypukla szkolność poezji autorki.
Parę słów zakończenia
Odpowiadając na pytanie z nagłówka, ubolewam nad tym, że w większości to nie są szepty, lecz dramatycznie głośny krzyk, na który czytelnik musi być przygotowany, bo inaczej straci słuch i nie będzie mógł słyszeć innych szeptów. Zatem dla kogo jest ten tomik? Zdecydowanie nie dla osób, które chcą się uczyć pisać, od tego są bardziej uderzający współczesną dykcję autorzy, tacy jak wspomniane przez mnie Tosiek i Kulikowska, ale bez żadnego problemu można dodać tutaj Honek czy Tomasza Bąka. Mogę z czystym sumieniem nazwać ten tomik antyporadnikiem jak pisać polską poezję w XXI wieku i jak nie redagować tej poezji, bo korekta tutaj nie istnieje, nad czym osobiście ubolewam. Skoro już wymieniłem, dla kogo zdecydowanie nie jest ten tomik poetycki, to teraz warto sobie zadać pytanie: dla kogo on jest? To tomik zdecydowanie przeznaczony dla osób, które poszukują prostego wejścia w poezje współczesną, bez ideologicznych naleciałości, bez eko krytycznego spojrzenia na świat, czy też bez wielkich deklaracji w żadną ze stron politycznego konfliktu.
Konrad Gaca
