ZE SCENY NA EKRAN – CZY FILMOWE ADAPTACJE MUSICALI MAJĄ SENS?

Medium, jakim jest musical, od lat cieszy się ogromną popularnością chyba wśród każdej grupy wiekowej. Obecnie mamy do czynienia z taką różnorodnością w kwestii musicali, że każdy znajdzie coś dla siebie. Niektóre tytuły znane są na całym świecie, a część utworów kojarzymy na przykład z TikToka, nie wiedząc nawet, skąd one tak naprawdę pochodzą. Nie dziwi więc fakt, że podejmowane są próby przeniesienia tych najbardziej kultowych tytułów z desek teatru na ekrany kin. Jednak czy mają one sens? Czy otwierają nowe możliwości, czy może przez to teatralna magia znika?

Musical jest przede wszystkim kojarzony z teatrem: w pierwszej chwili przychodzi nam na myśl przedstawiana na scenie historia, której w sposób integralny towarzyszą piosenki oraz układy taneczne. Znajdą się sceptycy, którzy będą narzekać, że takie spektakle są zbyt kiczowate, że co to za historia, jak nagle dialog jest przerywany utworem muzycznym, którego słowa magicznie znają wszystkie postaci obecne na scenie. Jednak mimo pojawiających się głosów krytyki, wydaje mi się, że musical ma znacznie więcej zwolenników. Mało tego, jest coraz poważniej traktowany – na co wskazuje rosnąca liczba osób zajmujących się badaniami nad musicalem właśnie. Jednak ten gatunek nie ogranicza się tylko do przestrzeni teatralnej.

O musicalach filmowych słów kilka

Najpierw chciałabym zaznaczyć, że nie każdy film musicalowy ma swój pierwowzór w teatrze. Istnieją też takie, które są niezależnymi produkcjami, a część z nich odniosła ogromny sukces.

Najlepszym przykładem będzie „La La Land” – film z 2016 roku, opowiadający historię relacji młodej, początkującej aktorki Mii z grającym na pianinie w restauracji Sebastianem. Produkcja ta otrzymała 14 nominacji do Oscarów, a zdobyła sześć statuetek. Wydaje mi się, że można spokojnie powiedzieć, że jest to jeden z najbardziej znanych musicali filmowych.

Ogromną popularnością cieszył się także „Król rozrywki” z 2017 roku – choć spotkał się on z bardziej mieszanymi opiniami krytyków. Nie zmienia to jednak faktu, że musical opowiadający historię młodego wizjonera, który postanawia stworzyć wyjątkowy cyrk, odbił się szerokim echem. Doczekał się nawet w 2026 roku przeniesienia na deski teatru – czyli mamy tu do czynienia z odwrotną sytuacją niż ta, o której wspominałam na początku.

Realizacji teatralnej doczekało się też kultowe „High School Musical”, które w wersji oryginalnej – filmowej – było dla wielu osób wprowadzeniem w świat musicalu. Można powiedzieć, że był to swego rodzaju fenomen – pamiętam, ile gadżetów związanych z tym tytułem można było znaleźć przy okazji pierwszej lepszej wyprawy do sklepu. Z perspektywy czasu widać, jak kiczowata i naiwna jest ta produkcja, ale idealne wpasowała się w nastoletniego ducha tamtych czasów.

Co stoi za podjęciem decyzji o stworzeniu adaptacji?

Podjęcie decyzji o filmowej adaptacji musicalu może być kierowane tym samym, co w przypadku adaptacji dowolnego innego medium. Może to być popularność danego tytułu – wiadomo wtedy, że film wygeneruje ogromny zysk – ale może to być próba promocji mniej popularnego spektaklu, czy próba wpisania się w panujące obecnie trendy. Nie ważne jakie powody przyświecają producentowi, musicale wydają się idealnym tekstem źródłowym. Podobnie jak w przypadku gier czy książek, mamy już gotową historię i mniejszą lub większą bazę fanów. Jednak tutaj sprawa wydawałby się jeszcze prostsza – gotowe są też piosenki, muzyka, układy taneczne, pewne pomysły na scenografię czy rozegranie jakiejś sceny. Ponadto istnieje scenariusz, z którego mniej lub bardziej korzystają osoby odpowiedzialne za daną ekranizację. Wystarczyłoby to wszystko trochę zmodyfikować, dostosować i przepis na sukces gotowy. A jednak nie zawsze to się udaje.

Sukcesy i porażki

Filmowe adaptacje znanych musicali powstają już od lat – jednak tych mniej udanych, starszych realizacji się nie pamięta, a w przypadku tych wyjątkowo dobrych zapomina się o tym (czy często po prostu nie wie), że mają swój początek w teatrze. Dla wielu fanów (zwłaszcza z młodszego pokolenia) sporą niespodzianką mogło być odkrycie, że takie filmowe musicale, jak na przykład „Mamma Mia!” czy „Jesus Christ Superstar” nie są czymś oryginalnym, a adaptacjami sztuk teatralnych. Jednak z nowszymi produkcjami sprawa wygląda trochę inaczej. Musical obecnie jest niezwykle popularny w social mediach, a przykładowo na TikToku algorytm sam podsuwa czy to konkretne utwory musicalowe, czy fragmenty występów. Istnieje też możliwość zobaczenia tych najpopularniejszych spektakli w internecie – czasami można natrafić na transmisję na żywo organizowaną przez teatr, czasem można niektóre tytuły znaleźć na VOD. Z tego powodu, przy premierze każdej kolejnej adaptacji można się natknąć na żywe dyskusje. 

Część filmowych adaptacji musicali odniosła ogromny sukces – tak było w przypadku „Wicked”. Prequel do doskonale znanego większości świata „Czarnoksiężnika z krainy Oz” zaczynał jako książka, którą w 1995 napisał George Maguire, a potem, luźno się na niej opierając, w 2003 roku Winnie Holzman i Stephen Schwartz stworzyli musical. Jednak prawdziwy rozgłos zyskała ta historia za sprawą właśnie dwuczęściowej ekranizacji: pierwszy film miał premierę w 2024 roku, rok później zaś druga część. Oba filmy otrzymały kilka nominacji do różnych nagród i odniosły ogromny sukces kasowy. Opinie krytyków i widzów były różne, jednak przeważały te pozytywne. Na sukces złożyło się tu kilka czynników: nie bez znaczenia był fakt, że w jednej z głównych ról obsadzona została Ariana Grande, ale też należy pamiętać o utworach – między innymi „Popular” – które były już popularne w internecie, jeszcze zanim ten film wszedł do kin. Wraz z premierą, w sklepach pojawiło się wiele gadżetów związanych z „Wicked”, a sama książka przez jakiś czas okupowała miejsce wśród najlepiej sprzedających się tytułów w rozmaitych księgarniach.

Bardziej mieszane opinie i więcej krytyki zgarnął za to film „Drogi Evanie Hansenie”, będący adaptacją musicalu o tym samym tytule. Nie odchodzi on szczególnie od fabuły oryginału, ma tych samych scenarzystów, większość utworów jest ta sama, a główną rolę zagrał Ben Platt – pierwotny odtwórca tej roli na Broadwayu… I paradoksalnie, ten ostatni punkt mógł być przyczyną całego problemu. Otóż jest to jedyny aktor musicalowy w tym filmie – reszta obsady nie miała takiego doświadczenia, przez co, zdaniem części widzów, ich wykonania piosenek nie utrzymywały wysokiego poziomu, a wręcz momentami ciężko było ich słuchać.

Ale istnieją też całkowite porażki. Pierwszym skojarzeniem będą dla wielu „Koty” – kultowy musical, wobec którego adaptacji ludzie byli sceptyczni już na etapie zwiastunów. Film ten okazał się całkowitą porażką – zamiast zysków wygenerował straty oraz otrzymał dziewięć nominacji do Złotych Malin (a część z nich wygrał). Jest to jeden z najgorzej ocenianych filmów 2019 roku, a według części krytyków jest to jeden z najgorszych filmów wszech czasów. Najwięcej krytyki otrzymał za użycie efektów specjalnych, które sprawiały, że tytułowe koty wyglądały z jednej strony bardzo niepokojąco, a z drugiej po prostu dziwacznie.

Jaki jest sens tworzenia filmowych adaptacji?

Jednak skoro wiemy, że prób przeniesienia musicalu na ekrany kin jest wiele – chociaż z różnym skutkiem – to możemy zastanowić się nad tym, jaki to ma sens?

Z jednej strony medium, jakim jest film, pozwala na rzeczy, które nie byłyby możliwe na scenie. Widać to dobrze na przykładzie „Wicked”, w którym efekty specjalne odegrały ogromną rolę w budowaniu świata i moim zdaniem wyglądały naprawdę dobrze. Latające małpy czy transformacja bohatera jest czymś, co da się pokazać w teatrze, jednak film daje tutaj większe pole do popisu. Ponadto, często w takich przypadkach dodawane są nowe utwory, które nieraz dorównują poziomem oryginalnej ścieżce dźwiękowej. No i w końcu najważniejsze – ekranizacje pozwalają przyciągnąć szerszą publikę. To, że do kina na adaptację danego musicalu przyjdą jego fani – chociażby z ciekawości – to jedno, ale jest to też idealna okazja, by daną produkcję, nawet jeżeli nie w oryginalnej wersji, zobaczyły osoby, które nie miały okazji wybrać się na spektakl do teatru – bilety do kina są jednak tańsze, a część musicali nie była wystawiana w innych krajach (na przykład „Wicked” zostało wystawione w Polsce po raz pierwszy już po premierze filmu).

Z drugiej strony, istnieją pewne historie, które lepiej jednak działają na scenie. Przenosząc uwielbiany przez fanów i krytyków spektakl do innego medium, trzeba się liczyć z bardzo krytycznym podejściem, nie wspominając już o tym, że jeżeli film otrzyma falę negatywnych recenzji, to może stać się wręcz antyreklamą dla tytułu ogółem. Lepiej już stworzyć oryginalny filmowy musical, niż znowu przedstawiać to samo, ale w lekko zmienionej formie. 

– Moja miłość do musicalu zaczęła się w momencie, kiedy z moją mamą obejrzałam „Mamma mia!” – jednak kiedy zaczęłam chodzić do teatru na musicale, to uświadomiłam sobie, że czuć tam emocje, klimat, którego nie da się podrobić. Film to jednak nie jest to samo. I chociaż niektóre z nich są naprawdę dobre – uwielbiam filmowe „Moulin Rogue” czy „Rocky Horror Picture Show” – to przy dużej części z nich jednak wolę te historie obejrzeć na żywo w teatrze lub piracko w internecie. – powiedziała Ola, fanka musicali.

A może inna droga?

Z kolei moim zdaniem, zamiast kolejnych filmowych adaptacji, lepiej sprawdziłyby profesjonalne nagrania z samych przedstawień w teatrze. Formuła ta idealnie się sprawdziła w przypadku „Hamiltona”. Musical ten, zwłaszcza w czasach pandemii cieszył się ogromną popularnością, która w dużej mierze wynikała z tego, że profesjonalne nagranie tego spektaklu można było obejrzeć na platformie Disney+. Nikt nie narzekał na to, że jest to nagranie ze sceny, a nie filmowa realizacja, nie przeszkodziło to też w zdobyciu popularności przez ten tytuł. A ludzie chcą oglądać takie rzeczy – na polskim podwórku było to widać, kiedy TVP VOD z okazji dnia teatru wrzuciło na ograniczony czas nagranie spektaklu „1989” – już na parę dni wcześniej w przestrzeni internetowej można było natrafić na podekscytowanych ludzi, cieszących się, że będą mieli możliwość obejrzenia tego spektaklu. I może to jest przepis na sukces?

Nie ważne jednak, w jakiej wersji ktoś zapoznał się z danym tytułem – bardzo cieszy fakt, że musical bez ustanku cieszy się ogromną popularnością. Ludzie chcą go oglądać, a pojawia się coraz więcej możliwości, aby to zrobić.

Olga Graban