WISŁA PŁOCK POPSUŁA PLANY LECHA. REMIS ZWIEŃCZENIEM MISTRZOWSKIEGO SEZONU

Formalność dopełniona. Remisem 2:2 zakończył się ostatni mecz sezonu między Lechem Poznań a Wisłą Płock. Wynik nie jest perfekcyjny, ale właściwie ani Poznaniacy, ani ich rywale nie grali już o nic. Natomiast samo spotkanie dostarczyło emocji i znakomicie nadawało się pod to, co miało wydarzyć się później – fetę mistrzowską.

Chciałoby się dorobić do tego ostatniego w sezonie spotkania jakąś ideologię, ale to bez sensu. W istocie nie miało ono już większego znaczenia – Kolejorz zapewnił sobie mistrzostwo w poprzedniej kolejce, gdy grał w Radomiu. Wynik więc, jak i gra zespołu z Poznania, to sprawa drugoplanowa. Ten drugi element jednak się zgadzał. Rywalizacja może była wyzuta z emocji, ale było na czym zawiesić oko. W ten sposób stopniowo budowało się napięcie, które eksplodowało po końcowym gwizdku, gdy piłkarze mogli świętować wygraną w lidze wraz z kibicami.

– Super sprawa, że graliśmy już bez presji. Tydzień temu załatwiliśmy całą sprawę i tak naprawdę mogliśmy się dobrze przygotować do celebracji. Wiadomo, że chcieliśmy wygrać, zdobyć punkty oraz dać kibicom zwycięstwo. Nie udało się, ale bądźmy szczerzy, to nieistotne, bo już jesteśmy mistrzami – powiedział dla TVP Sport Mateusz Skrzypczak.

– To jest ogromna radość. Nie codziennie zdobywa się tytuł mistrzowski, więc ten pojedynczy mecz nie może zaważyć na naszej radości – dzielił się Bartosz Mrozek w rozmowie z TVP Sport.

Palma osłodził pierwszą połowę

Początkowo wszystko przebiegało bez zaskoczeń. Rywalizacja idealnie układała się pod scenariusz zakładający mocne zwieńczenie sezonu przed mistrzowską fetą. Lechici kontrolowali przebieg gry, a pod bramką rywala regularnie przeprowadzali obiecujące akcje. Jedynie dokładność zagrań w ostatniej tercji chroniła Nafciarzy przed utratą gola. 

Gdy wybiła 30. minuta meczu, trybuny eksplodowały z radości. Czarujący od kilku meczów Luis Palma ponownie dał pokaz magiczny. Uderzył tak precyzyjnie z rzutu wolnego, że Rafał Leszczyński nie miał szans na skuteczną interwencję. Honduranin raz jeszcze udowodnił, że klub musi zrobić wszystko, aby wykupić go z Celtiku Glasgow.

Niesiony atmosferą na trybunach Kolejorz szedł po swoje. Ponownie pokazywał siłę, którą doskonale zna cała liga. Był pewny we własnych poczynaniach. Nie dawał Wiśle przestrzeni na jakiekolwiek szczególniejsze zaznaczenie swojej obecności przy Bułgarskiej. Prowadzenie 1:0 zostało więc osiągnięte zasłużenie, ale równie dobrze gospodarze mogli zdobyć do przerwy przynajmniej jeszcze jedną bramkę. 

W drugiej części doszło do wstrząsu

Początkowy entuzjazm zemścił się po wznowieniu rywalizacji. Po trzech minutach przyjezdni wyrównali. Matchoi Djaló urwał się Wojciechowi Mońce i po podaniu wzdłuż bramki Žan Rogelj pokonał Bartosza Mrozka, który próbował odbić piłkę, ale nie miał w tej sytuacji większych szans na powodzenie. Płocczanie przebudzili się w najlepszy możliwy sposób. Nie był to jednorazowy zryw, bo jeszcze nie raz zagrozili przeciwnikowi.

Niebiesko-biali potrafili jednak odpowiedzieć w najlepszy możliwy sposób – trafieniem na 2:1. Michał Gurgul posłał z głębi pola dośrodkowanie wprost na głowę Patrika Wålemarka. Dla Szweda była to trzecia szansa bramkowa w spotkaniu. Tym razem efektownie ją wykorzystał. Z kolei Mrozek zapracował na to, aby jego koledzy mogli prowadzeniem nacieszyć się dłużej niż pięć minut. Po zagraniu piłki ręką przez Mateusza Skrzypczaka, Nemanja Mijušković stanął przed szansą na zdobycie bramki wyrównującej z rzutu karnego. Bramkarz Lecha wyczuł intencje strzelca.

Kolejorz dążył do zamknięcia starcia. Prawie mu się to udało w 89. minucie, kiedy ponownie zabłysnął Palma. Skrzydłowy wybiegł za linię obrony Wisły i zagrał tak, że defensorzy wbili futbolówkę do własnej bramki. VAR jednak trafienie anulował, bo zawodnik z Hondurasu w momencie podania był na spalonym. Zamiast tego ostatnie słowo należało do gości. W doliczonym czasie cios zadał dawny piłkarz poznańskiej drużyny i jej wychowanek – Marcin Kamiński. Obrońca doprowadził do wyrównania po tym, jak zgrał do niego centrę Giannis Niarchos.

Ostatecznie nie było to istotne. Może zabrakło perfekcyjnego zakończenia rozgrywek, ale najważniejsze wydarzyło się już w Radomiu. Mecz z Nafciarzami miał tylko przygotować przestrzeń pod świętowanie. I przygotował, bo atmosfera na trybunach po końcowym gwizdku zrobiła się fantastyczna. Nie inaczej prezentowało się to pod stadionem, skąd po 22. godzinie Lechici ruszyli piętrowym autobusem na scenę Międzynarodowych Targów Poznańskich. Stolica Wielkopolski w nocy z soboty na niedzielę nie spała.

Mikołaj Dilc