OSTATNI KWADRANS JAK Z HOLLYWOOD. WARTA WYPUŚCIŁA WYGRANĄ Z RĄK W DOLICZONYM CZASIE

Bez wygranej w meczu pełnym zwrotów akcji. Warta Poznań zremisowała w sobotę 2:2 z Podhalem Nowy Targ w wyjazdowym spotkaniu 33. kolejki 2. Ligi. Zieloni skorzystali z tego, że rywal od 55. minuty grał w dziesiątkę i zdołali odwrócić wynik z 0:1 na 2:1. W ostatnim fragmencie rywalizacji zabrakło im spokoju, przez co ostatecznie przywieźli do Poznania tylko punkt.

Wywieziony z Nowego Targu punkt ma jednocześnie słodki i gorzki smak. Słodki, bo Warciarze po pierwszej połowie przegrywali 0:1 i ostatecznie zdołali uchronić się od porażki na trudnym terenie – Podhale przegrało u siebie zaledwie dwa mecze. Gorzki, gdyż Poznaniacy mogli zgarnąć pełną pulę po objęciu prowadzenia 2:1, ale w doliczonym czasie gry dali się zdominować osłabionemu rywalowi. 

Koniec końców wynik wydaje się być sprawiedliwy. Gospodarze postawili bardzo trudne warunki i gdyby nie czerwona kartka dla Piotra Giela, to wielce prawdopodobne, że nie pozwoliliby na utratę kontroli. W paru potencjalnie kluczowych sytuacjach nie popisał się też sędzia spotkania, który popełniał błędy z korzyścią dla piłkarzy z Wielkopolski. Z pewnością można powiedzieć, że remis podopiecznych trenera Macieja Tokarczyka wynikał również ze szczęścia. Z kolei szkoleniowiec Warty zwrócił uwagę na pozytywne aspekty w poczynaniach swojej drużyny.

– To był mecz, który niósł ze sobą sporą dawkę emocji i bardzo ważne było, żeby ją opanować, a także sprowadzić grę do tego, co sobie szykowaliśmy i co przygotowaliśmy. Myślę, że z tym opanowaniem emocji było bardzo dobrze. Zawodnicy skupili się na zadaniach – nawet w złych momentach, kiedy Podhale miał bardzo dobre fragmenty w pierwszej połowie. My cały czas trzymaliśmy się planu i raz po raz próbowaliśmy zagrozić przeciwnikom – podsumował trener Tokarczyk.

Stłamszeni intensywnością

Radzenie sobie z wysokim pressingiem nigdy nie jest łatwe. Nie dość, że aby mu przeciwdziałać, należy wypracować odpowiednie schematy, to jeszcze trzeba mieć dobry dzień. Czasem jednak z narzuconym przez rywala poziomem intensywności nie da się walczyć. Nowotarżanie podnieśli poprzeczkę tak wysoko, że przyjezdni przez pierwsze 45 minut praktycznie nie istnieli.

Zieloni próbowali wyprowadzać piłkę od własnej bramki, ale od razu znajdowali się pod presją. Byli atakowani właściwie aż do linii końcowej boiska. Każde krótkie wznowienie gry kończyło się stratą – albo wybiciem na aut, albo przejęciem długiego podania przez piłkarzy Podhala. Problem stanowiło nie tylko rozbieganie zawodników trenera Tomasza Kuźmy, ale też ich skuteczność w pojedynkach fizycznych. Przepchnięcie któregokolwiek z nich wymagało włożenia dużej siły.

Tym, co wychodziło Warcie, była obrona własnego pola karnego. Udawało się jej blokować oddawane przez przeciwników strzały i mocno utrudniać stworzenie sobie dogodnej pozycji strzeleckiej. Mimo to, ze względu na tak agresywny sposób gry zespołu z Nowego Targu, gol musiał w końcu paść. Podhale zdobyło go po dośrodkowaniu z rzutu rożnego. Mikołaj Lipień wpakował piłkę między słupki po zgraniu jej przez Krzysztofa Salaka.

Chociaż sytuacja poznańskiej ekipy nie prezentowała się najlepiej, to wcale nie musiała schodzić na przerwę z wynikiem 0:1. Nawet pomimo trudnych warunków, siłą własnej ofensywy zdołała wykreować sobie po szybkich wyjściach dwie obiecujące szanse. Obu okazji nie wykorzystał jednak Michał Smoczyński. Szczególnie próba po precyzyjnym dośrodkowaniu Kacpra Rycherta pozostawiła niedosyt. Już od dłuższego czasu napastnik nie jest w stanie trafić do siatki. Ostatni raz strzelił bramkę w marcowym starciu z GKS-em Jastrzębie. 18-latka spotkały niestety typowe dla młodych piłkarzy wahania formy. 

Zmiennicy (prawie) uratowali sytuację

Nie pojawienia się Smoczyńskiego w składzie na drugą połowę można się było więc spodziewać. Zamiast niego zameldował się Filip Waluś, co okazało się trafionym wyborem. Ofensywny pomocnik chętnie wchodził w pojedynki i po jednym z nich został sfaulowany przez Giela, który zaraz potem otrzymał wątpliwą czerwoną kartkę. 

Wydarzenie z 55. minuty zmieniło układ sił. Warciarze, grając w przewadze, coraz częściej mogli przeprowadzać ataki pozycyjne. Podhale nadal nie ułatwiało im zadania dzięki temu, jak świetnie było przygotowane motorycznie, ale z każdą minutą musiało słabnąć. W końcu, na początku ostatniego kwadransa, doszło do wstrząsu. Najpierw płaską centrę Marcela Stefaniaka zamknął Mateusz Stanek. Nie minęło wiele czasu, a doświadczony Sebastian Steblecki genialnym uderzeniem z połowy boiska przelobował bramkarza. Obaj strzelcy również nie rywalizowali od początku meczu, bo zameldowali się do gry dopiero po przerwie.

Czwarty i ostatni ze zmienników, Igor Kornobis, miał mniej szczęścia. W końcówce drużyna z Nowego Targu zamknęła Zielonych na ich połowie. Każdy z przyjezdnych, zwłaszcza Dmytro Avdeev, który przypłacił jedną z interwencji skaleczeniem głowy, zaangażował się w obronę wyniku. W doliczonym czasie gry Kornobis chciał wybić zagranie Moustafy Hameda, lecz zrobił to pechowo, strzelając bramkę samobójczą.

Remis sprawił, że Poznaniacy przed ostatnią kolejką mają dwa punkty przewagi nad Olimpią Grudziądz. Jeśli rywal Zielonych w walce o drugie miejsce wygra swoje spotkanie, Warta będzie potrzebowała zdobyć przynajmniej punkt, aby zapewnić sobie bezpośredni awans do 1. Ligi.

– Być może to, że tracimy gola w doliczonym czasie gry powoduje odczucie, że coś tutaj straciliśmy, natomiast przeciwnie – wciąż jesteśmy w uprzywilejowanej pozycji. Wszystko jest w naszych rękach przed ostatnią kolejką. Jesteśmy w bardzo dobrej formie fizycznej, mentalnej zdrowotnej i sportowej. Jesteśmy bardzo optymistycznie nastawieni – mówił trener Tokarczyk.

Mikołaj Dilc