DOTAN W POZNANIU. KONCERT KAMERALNY.
Mały pokój w sercu miasta. Późny wieczór. Szum tramwajów. Dwie gitary, keyboard i mikrofon. Kameralny koncert Dotana w klubie „Pod Minogą” zdawał się oddawać okoliczności powstawania jego pierwszego albumu „7 Layers”. Mimo upływu wielu lat, piosenkarza, który stał przed publicznością w zeszłą niedzielę, a początkującego artystę z Amsterdamu nadal łączy jedno – chęć szerzenia akceptacji poprzez muzykę oraz tworzenie bezpiecznej przestrzeni dla osób, które pragną być sobą.
Taki właśnie przekaz miał niedzielny koncert. Stojąc w tłumie fanów poruszonych melodyjnym głosem artysty i szczerością jego tekstów, dało się odczuć niechęć do udawania kogoś, kim się nie jest i jednoczesną nadzieję na oderwanie się od rzeczywistości, choćby na jeden wieczór. Każdy przyszedł tam z kawałkiem swojej własnej historii i szukał jej odzwierciedlenia w utworach, melodii czy opowiadaniach Dotana.
Przed koncertem
Nie obyło się jednak bez przeszkód. W pewnym momencie wydawało nam się, że wydarzenie się nie odbędzie. Stojąc w kolejce do wejścia, otrzymywaliśmy co jakiś czas informacje o kolejnych dwudziestu minutach opóźnienia. Choć było to irytujące, jednocześnie dawało czas na podziwianie klatki wejściowej starej kamienicy, w której mieści się klub „Pod Minogą”, a także na rozmowę ze starszą panią stojącą na początku kolejki. Na pytanie, którą piosenkę z dyskografii artysty lubi najbardziej odpowiedziała:
– Każda jego piosenka jest dla mnie jak narkotyk.
Okazało się również, że nie był to pierwszy koncert Dotana, na który poszła. Dziewięć lat temu miała okazję uczestniczyć w jego pierwszym i ostatnim dotychczas koncercie w Poznaniu, a we wtorek planowała udać się do Warszawy na drugi polski koncert na tej trasie. Ostatecznie, po dwóch godzinach oczekiwania, z nową znajomą na czele, zostaliśmy zaprowadzeni do niewielkiego pomieszczenia i już wtedy dało się odczuć atmosferę, która towarzyszyła wydarzeniu przez resztę wieczoru.
Pierwsza godzina
Niska scena, brak barierek, rustykalny dywan i dwa reflektory. W surowości wystroju było coś prawdziwego. Obietnica emocji, które były wręcz namacalne. Dotan, aby dotrzeć do sceny, musiał przejść przez widownię. Stanął przed nami w pojedynkę, bez akompaniamentu oraz wsparcia kapeli. Rozejrzawszy się po wpatrzonych w niego twarzach, wytłumaczył nam, że w trakcie soundchecku ekipie spadł keyboard, ulegając zniszczeniu. Przez dwie godziny, gdy staliśmy na klatce schodowej, rozmawiając, kręcąc się i licząc belki w balustradach, starając się oszczędzać baterię w telefonie (a może to tylko ja), specjaliści w pocie czoła próbowali doprowadzić koncert do skutku. Na samym początku wydarzenia dało się wyczuć to wiszące w powietrzu napięcie związane z problemami organizacyjnymi. Ludzie byli zmęczeni długim oczekiwaniem, a Dotan wyraźnie zmartwiony awarią instrumentu, który towarzyszył mu od samego początku jego historii muzycznej.
– Ostatni raz byłem w Poznaniu dziesięć lat temu. Kto był na tamtym…? – zaczął artysta.
– Dziewięć! – krzyknął ktoś z widowni.
Atmosfera od razu się zmieniła. Z pozoru śmiałe poprawienie błędu artysty sprawiło, że dystans między publicznością a osobą stojącą na scenie wyraźnie się skrócił, tworząc między nami relację niemal koleżeńską. Napięcie puściło, ściśnięte gardła rozwiązały się, a cała sala wybuchnęła śmiechem na widok skołowanego wyrazu twarzy Dotana. Ten długo nie pozostawał dłużny – docinał nam żartami o polskiej powadze, bezpośredniości i oschłości, słowo po słowie rozładowując atmosferę. Publiczność śmiała się, burząc te stereotypy. Zdaje się, że to właśnie ten moment nadał ton reszcie wieczoru – luźny i otwarty, a przede wszystkim szczery.
Dotan poprosił nas o propozycje utworów, które chcielibyśmy usłyszeć. Zależało mu na tym, aby każdy koncert na tegorocznej trasie był inny. Od naszego zbiorowiska, najczęściej padały propozycje takich klasyków jak „Hush” i „Hungry”, pochodzące z jego pierwszego albumu, ale i nowsze utwory jak „There Will Be a Way”, czy „Numb”, który w 2019 roku figurował na szczytach polskich list przebojów.
– Myślałem, że będziecie mieli mnie dosyć, po tym, jak „Numb” leciało we wszystkich polskich radiach. – zażartował piosenkarz.
Znów salwa śmiechu. Anegdot, którymi dzielił się Dotan było wiele. Było kilka przytłaczających, ale były i radosne. Były takie o stracie i niemocy, ale nie zabrakło też takich o miłości i nadziei. Wiele było też reakcji publiczności. Był płacz i śmiech, była wdzięczność i zniesmaczenie. Były takie osoby, które opuściły lokal, usłyszawszy historię powstania piosenki „No Kissing on a Sunday”, ale byli też tacy, którzy mocniej przytulili swojego partnera, czując się bezpiecznie w przestrzeni, gdzie miłość to miłość, a nie przedmiot sporu, krytyki czy nienawiści.
Druga godzina
Artysta zapowiedział nowy album. Dane nam było przesłuchać na żywo fragmentu niezatytułowanej jeszcze piosenki, która będzie jednym z utworów na przyszłej płycie. Dotan podzielił się swoimi przemyśleniami na temat procesu powstawania muzyki w dzisiejszych czasach. Powiedział o postanowieniu, powziętym po przeczytaniu pewnego artykułu, z którego wynikało, że około 70% utworów wypuszczonych w zeszłym roku powstało bez użycia instrumentów.
– Chcę trochę pójść pod prąd, więc na nowej płycie wolno mi nagrywać tylko w jednym podejściu. Muszę nauczyć się akceptować niedoskonałości.
Oświadczenie to spotkało się z gromką aprobatą publiczności. Było dla wszystkich jasne, że nie są to słowa rzucane na wiatr, a świadectwo wartości, która niesie ze sobą jego muzyka. Autentyczność zgrzytania strun, akceptacja nieczystego głosu. Zgoda na niedoskonałości.
Dotanowi udało się stworzyć przestrzeń, w której każdy mógł poczuć się zauważony. Od początku widać było, że zależy mu na prawdziwym kontakcie z ludźmi stojącymi przed sceną. I dla nas i dla niego, koncert był okazją, aby poznać się nawzajem. My spotkaliśmy człowieka, którego dotychczas znaliśmy tylko poprzez jego twórczość, a także historie powstawania poszczególnych piosenek. Dotan natomiast mógł zobaczyć swoich odbiorców, ich emocje i reakcje. Podczas piosenki „7 Layers” wyszedł na środek tłumu z gitarą i zatrzymywał wzrok na kolejnych osobach, jakby próbował zrozumieć, co każdy z nas odnajduje w tej piosence. Jakie emocje przeżywamy? Jaką cząstkę siebie możemy w niej dostrzec? Zapewne taki sam cel miał, stawiając przy wyjściu skrzynkę na odpowiedzi na pytanie, które zadał nam w trakcie koncertu – „Co ostatnio rozbawiło Cię do łez?”
Wydarzenie zakończyło się piosenką, która Dotanowi przyniosła światowe rozpoznanie, a jego słuchaczom ukojenie. „Home”, jak i wiele innych utworów z pierwszej płyty artysty, przypomina o związku ludzi z naturą i ich potrzebie powrotu na jej łono. Poczucia wibracji ziemi, „wiatru we włosach”, dźwięku fal. Stanowi odskocznię od codziennego pędu i ciężaru problemów. Utwór narastał stopniowo – z czasem zwiększała się intensywność mieszających się głosów, oklasków czy dźwięków tupania. Grupa młodych obywateli z Ukrainy ścisnęła się za ręce, spoglądając na siebie ze łzami w oczach. Klub wypełnił się energią, która skumulowała się w ostatnim wykrzyknieniu „we are coming home”, domykając ten wieczór w sposób godny przeżytych wtedy emocji.
Koncert nie był idealny
Zepsuty keyboard, za cichy mikrofon, zbyt głośna klimatyzacja. Ludzie, którzy traktowali to wydarzenie jak wypad do baru. Ludzie, którzy wtrącali swoje trzy grosze do każdej wypowiedzi Dotana. Momentami było niezręcznie. Na zmianę było zabawnie i melancholijnie. Wspólnie stworzyliśmy wspomnienie niejednorodne, a jednak spójne. Niezakłamane. A te prawdziwe emocje, prawdziwe potknięcia utkną wielu uczestnikom w pamięci na zawsze.
Julia Barcicka
