„WICHROWE WZGÓRZA” W OGNIU KRYTYKI. WOKÓŁ SPORÓW NAD NOWĄ EKRENIZACJĄ [RECENZJA] 

Fot. Julia Roksz
Fot. Julia Roksz

Wyczekiwana premiera, ogromne nadzieje i jeszcze większe rozczarowanie – co poszło nie tak? Czy rzeczywiście zamiast głębokiej, poruszającej opowieści o zdradzie i traumie generacyjnej dostaliśmy dark romance z elementami soft porno w estetyce tiktokowego edita? O tym, kiedy estetyzacja wygrywa z historią.

Premiera filmu „Wichrowe Wzgórza” w reżyserii Emerald Fennell odbyła się 14 lutego i była zapowiadana jako idealna propozycja na walentynki. Już na tym etapie coś wydawało się nie do końca na swoim miejscu. Wielka, zakazana i nieszczęśliwa historia miłości miała przyciągnąć do kin wszystkich zakochanych, spragnionych namiętnych uczuć i intensywnych wrażeń. W grupie odbiorców mieli znaleźć się także fani XIX-wiecznej literatury, zwłaszcza powieści „Wichrowe wzgórza” Emily Brontë. 

„(…) to odważna i oryginalna wersja jednej z największych historii miłosnych wszech czasów” – przeczytamy w opisie filmu. Kiedy jednak przychodzimy do kina, co właściwie dostajemy? Pierwsza grupa odbiorców wychodzi zauroczona, choć nieco zszokowana, a może nawet zniesmaczona. Druga zaś tłumaczy, że oddanie wyłącznie połowy treści książki to nie adaptacja, a „Wichrowe Wzgórza” nie są historią o miłości, a już z pewnością nie tylko o niej. 

Główne głosy krytyki

Zacznę więc od tego, co w filmie, niestety, nie wyszło i przedstawię trzy najpopularniejsze głosy krytyki.

Problemy z „Wichrowymi Wzgórzami” zaczęły się już na etapie castingu. Rola jednego z głównych bohaterów przypadła Jacobowi Elordi. Dla wielu było to pierwsze naruszenie zgodności z książką. Heathcliff w powieści ma bowiem pochodzenie romskie i opisywany jest jako osoba o ciemnej karnacji. Cecha ta ma kluczowe znaczenie dla zrozumienia jego społecznego odrzucenia. Ponieważ w filmie aspekt ten właściwie się nie pojawia, reżyserce Emerald Fennell zarzuca się tak zwany whitewashing, czyli osadzanie białych aktorów w rolach przeznaczonych dla innych ras czy mniejszości etnicznych.

Głosy krytyki dotknęły również postaci Catherine granej przez Margot Robbie. Choć jej widok na ekranie zwykle budzi zachwyt, tutaj wielu widzom wydawało się, że nie jest ona najtrafniejszym wyborem do tej roli. Zarzuty dotyczą przede wszystkim zignorowania koloru włosów i wieku bohaterki. W książce Cathy ma ciemne włosy i przedstawiana jest jako lekkomyślna nastolatka. Margot Robbie, mimo dziewczęcego oraz delikatnego wyglądu, nie może już w tak przekonujący sposób oddać kapryśnego podlotka.

Czy więc i w tym przypadku chodziło jedynie o dobry marketing i promocję filmu? Osadzenie w nim popularnych i przyciągających uwagę aktorów miało coś zdziałać?

Kolejne zarzuty

Następnym istotnym zarzutem jest pominięcie drugiej połowy książki. Adaptacja oczywiście rządzi się swoimi prawami – coś trzeba skrócić, coś dodać, a co innego usunąć. Czy jednak usuwanie połowy wątków to wciąż jeszcze adaptacja? 

Emerald Fennell postanowiła skupić się wyłącznie na relacji Catherine i Hafftclifa, tym samym opowieść została okrojona właściwie do prostego romansidła. Zostajemy bez pogłębienia wątku traumy pokoleniowej i narastającej przez lata zemsty. Brakuje również postaci brata Catherine, Hindleya Earnshawa, który w książce jest jednym z głównych oprawców młodego Heathcliffa. Rolę tę w adaptacji częściowo przypisano ich ojcu.

Wiele głosów krytyki pojawia się również w sprawie seksualizacji treści powieści. Fani książki są oburzeni sposobem, w jaki ją potraktowano. W oryginale przedstawiona jest miłość destrukcyjna, niepozwalająca na kontakt – więź dusz, nie ciał, co opacznie zrozumiała reżyserka. Tymczasem na ekranie pojawia się gorące, namiętne romansidło z wyraźnym erotycznym zabarwieniem, które momentami przypomina raczej historię znaną z „Pięćdziesięciu twarzy Greya” autorstwa E. L. James w wersji lite. 

Co wyszło na korzyść?

Główną zaletą filmu jest jego oprawa wizualna. Na „Wichrowe Wzgórza” Emerald Fennell po prostu dobrze się patrzy. Trzeba przyznać, że reżyserka ma naprawdę wyrafinowany zmysł estetyczny. Każda scena wydaje się dopracowana, nasycona kolorem, starannie skomponowana. Poszczególne przestrzenie mają własną paletę barw i charakterystyczną estetykę. Wichrowe Wzgórza przedstawione zostały jako mroczny, niemal gotycki zameczek. W kontraście do nich Drozdowe Gniazda ukazują dworski przepych i elegancję, natomiast wrzosowiska stają się dziką, mglistą i tajemnicza przestrzenią. 

Uwagę przykuwają również kostiumy. Suknie, które w filmie nosi Margot Robbie, są wyjątkowe i naprawdę zachwycające. Nieco przerysowane, pełne intensywnych kolorów oraz kontrastów, z nieoczywistymi formami i fakturami. Z pewnością nie oddają realiów historycznych, ale trudno oderwać od nich wzrok i nie podziwiać ich wymyślności oraz dbałości o szczegóły. Choć jeden kostium nie do końca do mnie przemówił. Była to różowa sukienka, która wyglądała, jakby aktorka została owinięta w plastik i przewiązana kokardą niczym lalka Barbie. Chociaż to może sprytne nawiązanie do poprzedniej roli Margot? 

Nowoczesne brzmienia

Całej aranżacji towarzyszy muzyka Charli XCX. Reżyserka postawiła na nowoczesne, elektroniczne brzmienia i współpracę z popularną artystką. Wykonania są ciekawe, a utwory, które szczególnie zapadają w pamięć, to „Chains of Love” oraz naśladujące „Everything is romantic” – „Open Up”. 

Długo zastanawiałam się, czy aranżacja muzyczna jest bardziej na korzyść, czy niekorzyść filmu. Ostatecznie myślę, że jednak się broni. W dużej mierze odbiór zależy najpewniej od typu odbiorców. Z jednej strony sceny dzięki tej muzyce stają się bardziej magnetyczne i intensywne, z drugiej jednak momentami można odnieść wrażenie, że dźwięk wychodzi poza obraz i zaczyna funkcjonować niezależnie od niego. Kiedy na przykład słyszymy „Open Up”, myśli mimowolnie uciekają w stronę tiktokowych editów, a wtedy trudno już całkowicie pozostać w świecie XIX-wiecznej historii.

Wizualne arcydzieło

Przestrzeń filmu została poddana wyraźnej teatralizacji i estetyzacji. Mnogość scenografii, wymyślne kostiumy czy dość schematyczna konstrukcja fabularna momentami przypominają widowisko dramatyczne, a może nawet burleskę. Reżyserka świadomie operuje groteską i kiczem. Może więc nie mamy do czynienia z klasyczną adaptacją, lecz raczej z pewną grą z oryginałem? 

Wiele aspektów wydaje się celowo przerysowanych, aby jeszcze mocniej uwydatnić kontrasty. Przejścia między scenami, szybkie cięcia i w większości statyczne kadry skupiają uwagę przede wszystkim na geście oraz emocjach. Całość układa się w doświadczenie wyjątkowo sensoryczne, choć niekoniecznie zawsze przyjemne. Pomysły są odważne, choć trudno jednoznacznie stwierdzić, czy rzeczywiście bronią się w takim filmie. 

„Wichrowe Wzgórza” Emerald Fennell to wizualne arcydzieło, jednak aspekt artystyczny wygrywa tu nad fabularnym. Historia została uproszczona, pozostawiając wyłącznie sztuczną, bajkową konstrukcję wypełnioną pięknymi obrazkami.

Na korzyść trzeba jednak zaliczyć obsadę dziecięcych wersji bohaterów. Charlotte Mellington, która ma zaledwie 15 lat i Owen Cooper, równie młody aktor znany z serialu „Dojrzewanie”, bardzo dobrze poradzili sobie ze swoimi rolami. Wydaje się, że oddali prawdziwy charakter Cathy i Heathcliffa, dzięki czemu pierwszą część filmu ogląda się naprawdę z dużym zainteresowaniem.

Uwspółcześnianie

Emerald Fennell, odpowiadając na krytykę dotyczącą licznych zmian i rozbieżności wobec powieści, wskazuje, że zależało jej przede wszystkim na uwspółcześnieniu dzieła i pokazaniu go w nowym świetle – takim, w jakim sama je odczytuje. W efekcie nie znajdziemy tu ani zgodności historycznej, ani fabularnej. Reżyserka świadomie z tego rezygnuje, aby uczynić historię bardziej aktualną i atrakcyjną dla współczesnego widza. 

Zmiany poszły jednak tak daleko, że w pewnym momencie siedząc w sali kinowej zaczęłam się zastanawiać, czy na pewno jestem na „Wichrowych Wzgórzach”, czy może jednak pomyliłam filmy. Nie zrozumiałam, dlaczego nagle na ekranie zaczęły się pojawiać wątki niczym z popularnego, grafomańskiego romansidła z Wattpada, serwując nam soft erotyk. Czy to kolejny fanfik na miano „Pięćdziesięciu twarzy Greya”? Można uśmiechnąć się pod nosem, ale coś w tym porównaniu jednak jest.

Skoro mówimy o uwspółcześnianiu, to ogromny wpływ na formę filmu mógł mieć także TikTok i popularne krótkie formy. Pojawiają się głosy, że to mrugnięcie oczkiem do odbiorców tej platformy, a cała realizacja przypomina w istocie rozciągnięty na dwie godziny estetyczny edit. Może to medialna rewolucja? A może w epoce TikToka istnieje problem z tworzeniem dobrych, dłuższych form narracyjnych? To z pewnością daleko posunięta teza, ale czy naprawdę aż tak bardzo?

Moda i trendy

„Wichrowe Wzgórza” Fennell wpadają w pułapkę estetyzowania. Żyjemy w czasach, w których estetyki stały się osobnym trendem. Lubimy budować spójne i piękne, choć często mało realistyczne obrazki idealnego życia w określonym stylu. Brzmi bajkowo i w gruncie rzeczy tak właśnie ma być. Nawet jeśli próbujemy się od tego dystansować, trudno o ucieczkę. Estetyzacja pojawia się dziś wszędzie. Jest też wyjątkowo skutecznym narzędziem marketingowym, dlatego nic dziwnego, że tak chętnie wykorzystuje się ją również w kinie.

Fennell wyraźnie odwołuje się do popularnej obecnie mody na romantyzm i gotyk. Estetyzuje przeszłość, a momentami – co gorsza – również przemoc. Próba połączenia tego, co dawne, z tym, co współczesne, nadania temu nowych kontekstów i osadzenia w mrocznej, gotyckiej, a jednocześnie niemal bajkowej estetyce sprawia jednak, że efekt końcowy wychodzi dość sztucznie, naiwnie i plastikowo. 

Film a książka

Chociaż już na wstępnie i przywołując głosy krytyki wspomniałam o tym, że film znacząco różni się od książki, chciałabym rozwinąć kwestię o kilka własnych spostrzeżeń.

W ekranizacji zachowano motywy zazdrości, egoizmu i dumy, zabrakło jednak bardzo istotnego kontekstu klasowości i społecznego wykluczenia. Książka jest wulgarna i wstrząsająca ale w zupełnie inny sposób. Więcej w niej destrukcji i jednostkowych tragedii. Powieść ukazuje oczywiście motyw miłości, jednak nie dotyczy on wyłącznie relacji romantycznej, ale również ojcowskiej i braterskiej. Dzięki temu sama idea miłości staje się bardziej złożona i problematyczna niż w filmowej interpretacji.

Warto też zwrócić uwagę na zmianę sposobu narracji. W powieści historię poznajemy z perspektywy Nelly Dean – to ona opowiada o tragicznych losach rodzin, patrząc na wszystko z dystansu czasowego. Dzięki temu może nie tylko relacjonować zdarzenia, ale też komentować, a momentami nawet poddawać samokrytyce. Profile postaci są więc zdecydowanie lepiej zarysowane w książce, choć film potrafił wyciągać więcej esencji z niektórych pojedynczych scen. 

Emerald Fennell wykorzystuje zresztą jedne z najciekawszych scen i dialogów z powieści, ale nadaje im nieco inne znaczenie. Są to mimo wszystko sceny wyrwane z szerszego kontekstu. Reżyserka urządziła wycinankę z „Wichrowych Wzgórz” Emily Brontë. Usunięte elementy połączyła z fragmentami z Wattpada i obrazkami z Pinteresta, a na koniec skleiła wszystko w bajkowy romans, aż chciałoby się wykrzyknąć: „bardzo ładnie, Fannel, z plastyki musiałaś mieć piątkę”.

Więc czy warto?

W sali kinowej można było usłyszeć zarówno śmiech, jak i smutne westchnienia. Niejedyna osoba podczas seansu wzruszyła się, inne twierdziły, że film ich po prostu zanudził. Oburzenie natomiast wywołały sceny erotyczne. Trudno jednoznacznie ocenić ten film. Z pewnością osoby, które przychodzą, aby zobaczyć „Wichrowe Wzgórza” w duchu powieści Emily Brontë, mogą poczuć się zawiedzione. Natomiast ci, którzy wybiorą się wyłącznie w celach rozrywkowych, mogę zapewnić, że przyjemność będzie wątpliwa. Najlepiej podejść do filmu z dystansem i czystą ciekawością. 

Czy warto zobaczyć? Moim zdaniem przeglądanie kadrów i zdjęć z filmu może być ciekawsze niż oglądanie go w całości. Estetycznie wypada dobrze, fabularnie niestety słabiej. Najlepszą kombinacją wydaje się więc lektura powieści połączona z oglądaniem wybranych kadrów z filmu. W ten sposób można docenić zarówno literacki kunszt Emily Brontë, jak i wizualne arcydzieło Fennell.

Julia Roksz