„SĄ Z TEJ PRACOWNI ZWIĄZKI MAŁŻEŃSKIE”. BERNARDA GOŁĄB-LISOWSKA WPROWADZA DO LUBINA SZTUKĘ I WIĘCEJ

Fot. Bernarda Gołąb-Lisowska

Czy miasteczko na Dolnym Śląsku znane jako Zagłębie Miedziowe może być domem sztuki? Lokalna artystka udowadnia, że wszystko zależy od ludzi i tego, co w nich tkwi.

Fot. Małgorzata Kiedos

Sztuka może odkrywać nieoczekiwane pokłady pasji nawet w mieście bez szczególnych tradycji kulturalnych. Lubin, którego rozwój nastąpił w latach 50. XX wieku po odkryciu złóż miedzi, w szybkim tempie zwiększył liczebność mieszkańców przez ściągających tam ludzi z okolicznych miejscowości do pracy. Nagły przeskok od niewielkiego miasteczka, na ziemiach odzyskanych, do stale rozrastającego się ośrodka przemysłowego pozbawiony był historii rozwoju kultury miejskiej. Cechowała ona większe czy mniejsze miejscowości, które od stuleci podążały mieszczańską ścieżką. To nie tylko zauważalny brak instytucji kultury, takich jak teatry czy tradycja spotkań towarzyskich w kawiarniach, także tych o charakterze artystycznym. Już sama infrastruktura miasteczka wyjawia jego tożsamość, od blokowisk, rozciągających się aż po obrzeża, zaledwie krok do centrum. Historyczny profil miasta, niegdyś zamieszkanego przez Niemców, przejawia się raptem w kilku ulicach z urokliwymi willami i kamieniczkami, które zwykły nadawać szczególną i sentymentalną atmosferę miastom. Stąd kwestia miejsca przynależnego sztuce w mieście takim jak Lubin nie jest jednoznaczna. Czy jest zapotrzebowanie na formy rozrywki inne niż kino bądź okazjonalnie goszczący tam kabaret? Jak mieszkańcy postrzegają dziedziny artystyczne w mieście eksponującym przede wszystkim kluby sportowe i galerie handlowe? Swoim spojrzeniem na te zagadnienia podzieliła się artystka Bernarda Gołąb-Lisowska, od ponad dekady związana z Lubinem. To właśnie tam prowadzi swoją pracownię artystyczną, gdzie dzieli się z dziećmi i młodzieżą tajnikami sztuki, z którą jej indywidualne związki wybiegają daleko wstecz, na długo zanim podjęła studia artystyczne na zielonogórskim uniwersytecie.

Fot. Bernarda Gołąb-Lisowska

Dziedziczone pasje

Angelika Stohnij: Gdzie zaczęła się Twoja przygoda ze sztuką, jakie były Twoje początki i jakie były Twoje inspiracje?

Bernarda Gołąb-Lisowska: O, nie wiem, od czego zacząć, może od dzieciństwa? Bo jeśli chodzi o sam początek, no to tak, jak mi to zawsze mama opowiadała, jest taka historia z mojego dzieciństwa, kiedy ja jeszcze dobrze nie potrafiłam chodzić, ale już siedząc na nocniku godzinami miałam stołeczek przed sobą, kredki, nożyczki i działałam non stop. Tak że już od momentu, jak jeszcze dobrze nie chodziłam, to już gdzieś tam ta sztuka powoli zaczęła się we mnie rodzić.

A.S.: Wow, pięknie. Nie bała się mama dawać Ci nożyczek, jak byłaś malutka?

B.G.L.: Ja wiem, czy się bała… Ja też się nie boję [dawać nożyczek] mojej córce, także myślę, że to jest jakoś już <śmiech>…

A.S.: Bezpieczny eksperyment?

B.G.L.: Tak. Nie, bez problemu.

A.S.: Czyli od maleńkości gdzieś to u Ciebie było. Ale Twoja rodzina jest w jakiś sposób ukierunkowana artystycznie czy byłaś takim nasionkiem, które tutaj coś przełamało?

B.G.L.: To znaczy nie wiem, czy konkretnie. Nikt z mojej rodziny nie ma wykształcenia artystycznego, ale mój dziadek od strony taty tworzył różne rzeczy z drewna. Robił w tamtych czasach właśnie domki, lampki drewniane, wypalał wypalarką różne takie piękne artystyczne prace. Później mój tata inspirował się tym, co jego ojciec robił, i też działał w tej dziedzinie. Więc ta żyłka taka artystyczna była, ale nie było tego wykształcenia.

A.S.: Mhm, ale we krwi już to miałaś?
– Tak, tak.

Fot. Bernarda Gołąb-Lisowska

Tym wstępem rozpoczęła się godzinna rozmowa o artystycznych początkach, inspiracjach i latach przesyconych pasją, która wykrystalizowała się do sposobu życia oraz utrzymania się, przełamując przyziemny obraz pracy. Opowieść sięga wspomnień dotyczących rodzinnych rękodzieł w drewnie, wykonywanych przez dziadka i ojca. Meandruje przez własny okres „nożyczkowy” Bernardy, a dalej jej uczestniczenie w warsztatach artystycznych i teatralnych w Domu Kultury w Gromadce. Przybliża udział oraz współtworzenie warsztatów w czasie studiów, wkraczając w obszar arteterapii pod okiem profesorów Wydziału Artystycznego Uniwersytetu Zielonogórskiego. Jak sama przyznaje, jest artystką intermedialną, co widać po szalonej różnorodności jej dzieł. Wystarczy wejść do pracowni, która znajduje się w centrum Lubina, by wkroczyć do niezwykłego świata pełnego barw i fantastycznych form. Tak jak ją samą porywają różne dyscypliny i potrafi w nich przepaść, gdy zachwyci ją czyjaś rzeźba bądź mozaika, tak swoim uczniom umie skutecznie zaszczepić podziw sztuką,wewnętrzną chęć obcowania z nią i własnoręcznego jej tworzenia.

Intuicja artystyczna

Tym określeniem jeden z wykładowców Bernardy, profesor Czarkowski, opisał jej wewnętrzne pokłady twórcze, w pewien sposób kładąc fundamenty pod jej przyszłą karierę zawodową, a także postrzeganie roli sztuki oraz artystów w społeczeństwie. Waga tych słów znajduje odbicie w sposobie, w jaki artystka opisuje swoje pojmowanie sztuki jako nośnika wewnętrznego głosu człowieka, tego, czemu pragnie on nadać wyraz poprzez sztukę, niezależnie od wybranej formy. Rzecz, w jej ocenie, nie jest w tym, by dzieło spełniało jedynie określone wymagania estetyczne, by podlegało wartościowaniu na osi „ładne – brzydkie”, lecz by przekazywało emocje twórcy i jednocześnie skłaniało odbiorcę do refleksji. To założenie skrupulatnie realizuje we własnych pracach, wśród których nie można nie wspomnieć o tej dyplomowej:

Fot. Bernarda Gołąb-Lisowska

B.G.L.: Ale jeżeli chodzi tutaj o tę sztukę, taką prawdziwą, do czego dążymy, no to jest jednak ta koncepcja jakaś, tak, jakaś myśl, którą chcemy pokazać, i te prace, które robiłam na przestrzeni właśnie studiów, to były prace bardzo konceptualne, bardzo duże, które zajmowały obszary często całej przestrzeni, chociażby uczelni, bo praca na przykład dyplomowa magisterska obejmowała całą przestrzeń uczelni, wszystkie piętra, schody, ściany, sufity.

Czy jest możliwe zaszczepienie sztuki wymykającej się łatwej diagnozie estetycznej w miasteczku od sztuki, zdawałoby się, znacznie oddalonym?

Eksperymenty w starym–nowym miejscu

Starym, bo są to rodzinne strony artystki. Nowe, ponieważ wróciła w niez misją realizowania życiowej pasji dzięki stworzeniu ośrodka sztuki, dedykowanego młodemu pokoleniu, w sercu Lubina.

Fot. Bernarda Gołąb-Lisowska

B.G.L.: U niektórych dzieci zastałam potrzebę takiego odejścia od dziennych obowiązków, tych takich przymusowych, nazwałabym to. Dzieci są bardzo zmęczone po szkole, zauważyłam. Przychodzą na warsztaty zmęczone, opowiadają, ile nauki mają. Czasami, jaki jest przesyt tego wszystkiego, ile rzeczy niepotrzebnych muszą robić, tych, których by nie chcieli. I widzę po prostu zmęczenie. Dzieci są zapisywane często przez rodziców na różne zajęcia na siłę tylko po to, żeby móc realizować własne plany, niespełnione dzieciństwo, tak? Jeżeli mama zawsze marzyła, żeby grać na pianinie, to córkę teraz też ciśnie z tym pianinem, a ona biedna musi chodzić, bo mama chce, a nie chce mamie robić przykrości. Ale nie mówię, że tak jest u wszystkich, tylko…

Fot. Bernarda Gołąb-Lisowska

Decyzja należy do dzieci

Idea wolności twórczej, w której można dotrzeć do prawdziwego odczuwania sztuki w samym sobie, wymaga odpowiednich warunków. Jak podkreśla, stworzenie miejsca, w którym dzieci mają sprawczość, była i jest dla niej priorytetem:

B.G.L: Dorośli twierdzą „skoro jesteś dzieckiem, to my ci powiemy, co będziesz w życiu robił”. I to jest straszne, bo przychodzi dziecko i nawet jeżeli ktoś dorosły chce zapisać swoje dziecko na zajęcia artystyczne, to ja od razu mówię: „Proszę pamiętać, że to nie pani będzie decydować, co to dziecko będzie robić, tylko ono przyjdzie tutaj, do pracowni i zostanie zapoznane z różnymi technikami, i jeżeli będzie miało w danym dniu ochotę robić z gliny rzecz, która mu się podoba, to będzie to robić. W innym dniu będzie malować i realizować jeszcze inną potrzebę. To dziecko będzie decydować, tutaj jest ono najważniejsze i zawsze podejmuje decyzje.

Dzięki działaniom Bernardy pęka fasada Lubina jako miasteczka uśpionego, pozornie pozbawionego oferty artystycznej, której doświadczać mogłyby dzieci i młodzież. Prowadzone przez nią warsztaty niosą w sobie jeszcze większą wartość, choć odkrywanie oraz realizowanie indywidualnych twórczych pasji wydaje się spełniać oczekiwania wobec tego rodzaju zajęć. W świecie przesyconym szkolnymi obowiązkami i zajęciami pozaszkolnymi, ogniskującymi się wokół uczniowskich obowiązków, pracownia artystyczna jest przestrzenią zdecydowanie wyłamującą się z tego kręgu. Co więcej, skupia osoby przejawiające zainteresowanie sztuką, daje przestrzeń do rozmów o niej, skąd już tylko krok w stronę otwarcia się na drugiego człowieka, w którym dostrzega się bratnią duszę:

B.G.L.: I taka dziewczynka, która chodziła ileś czasu temu, no już potrafi coś narysować, online, ale nie miała tego kontaktu z innymi. Teraz tata ją przyprowadził i ona już od kilku miesięcy chodzi i zaczyna się oswajać z grupą, bo okazało się, że jest bardzo nieśmiała przez to, że była tylko w domu, żeby sobie pracować przy komputerze i, owszem, rozwijała swoje zainteresowania, ale nie miała kontaktu z drugim człowiekiem, z drugim dzieckiem, interakcji.

A.S.: I w dodatku też żywiącym zainteresowania w obszarze sztuki.

B.G.L.: Tak, tak.

A.S.: Bo uczysz tutaj nie tylko jak rysować, ale uczysz tutaj, jak żyć sztuką.

B.G.L.: Jak żyć ze sobą. I jak na przykład tutaj dzieciaki, no, to już młodzież… Mam tu młodzież, która chodzi już od wielu, wielu lat. Młodzież z różnymi problemami, młodzież z zaburzeniami zachowania, autystów, aspergerowców, dzieci po depresji, w trakcie depresji, po szpitalach psychiatrycznych. I to są dzieciaki, które się tu spotykają i ze sobą rozmawiają i znajdują po prostu drugiego człowieka obok, który ich rozumie, który się z nich nie śmieje, który jest na nich otwarty. Później się okazuje, że oni mają z kim pójść na spacer. I oni mnie odwiedzają po miesiącu, dwóch, na wakacjach, razem przychodząc, ja nie mówię jako para, bo i takie się potworzyły i są z tej pracowni związki małżeńskie. Uwierz, że są! <śmiech>

A.S.: „Nie tylko lepimy tutaj glinę, ale i małżeństwa”.

B.G.L.: Co ja zrobię, to tak działa nieraz. Tak, tak. Więc sztuka nieraz łączy aż za bardzo. I przychodzą na spacery, odwiedzają mnie tutaj razem, idą razem do tego McDonalda i pogadają sobie.

A.S.: Ale razem!

Fot. Bernarda Gołąb-Lisowska

Ciekawscy dorośli

Przyznając Lubinowi posiadanie bogatej oferty zajęć dla dzieci i młodzieży, nie sposób jednak nie zauważyć luki w podobnej ofercie skierowanej dla dorosłych. To zdecydowanie odróżnia małe miasteczka od największych polskich miast, jak choćby Poznań. Czy jest zapotrzebowanie na zajęcia artystyczne w miejscowościach, w których mieszkańcy nie mają tradycji spędzania czasu wolnego poza domem na aktywnościach związanych z szeroko pojętą kulturą? Czy sztuka ma możliwość zawładnąć miejscem, które wydaje się tak w dni powszednie, jak w weekendy uśpione skuteczniej niż weselnicy u Wyspiańskiego? Doświadczenie Bernardy dowodzi, że tak. Nieraz rodzice dzieci, przyprowadzając je na zajęcia dopytują o warsztaty dla dorosłych. Przechodnie z zaciekawieniem zaglądają do pracowni przez szyby lub zachęcająco otwarte drzwi przy ładnej pogodzie. Zajęcia prowadzone na zewnątrz przykuwają uwagę spacerowiczów, którzy, zachwyceni pracami młodzieży, także chcieliby spróbować swoich sił w tak niecodziennych zajęciach. Mieszkańcy często nie są świadomi istnienia takich artystycznych aktywności, lecz gdy się z nimi zetkną, z miejsca poddają się ich czarowi. Artystka sumiennie wywiązuje się z napływających do niej oczekiwań i powołuje je do życia z nieskrywaną chęcią, wyszukując możliwości, by włączyć w swoją ofertę również zajęcia dla dorosłych:

B.G.L.: […] Dziecko kiedyś miało tak 11 lat, teraz już tam ma 16 i chętnie, gdzieś tam w międzyczasie coś innego [robiło], ale mama mówi: „No a coś dla mnie?”, ja mówię: „Dla pani co? Szkolenie.” No i pani dzisiaj do mnie zadzwoniła, opowiedziałam co i jak, i mama, która kiedyś przyprowadzała dziecko na warsztaty na ferie, przychodzi w marcu na szkolenie z arteterapii. No i to po prostu tak działa. Tak się wszystko razem nakręca.

Nie koniec na tym, co dzieje się obecnie. Plany na przyszłość, tę bliższą i dalszą, mają bardzo wyraźny kształt i tylko czekają na realizację:

B.G.L.: Aha! Co jeszcze! Marzą mi się, od zawsze mi się marzyły, warsztaty międzynarodowe. Ale takie warsztaty, na których jeździmy na plenery zagraniczne. Wyjeżdżamy – bo będziemy wyjeżdżać w ramach tych szkoleń – będziemy wyjeżdżać w Polskę. To nie jest tak, że wszystko się będzie działo w pracowni, bo panie już, już niektóre instytucje, chcą robić szkolenia wyjazdowe. Dlaczego mamy się uczyć arteterapii tylko w Lubinie i w pracowni? Będziemy jechać w góry, będziemy jechać nad jezioro, więc szkolenia będą też wyjazdowe.

A.S.: Wspaniałe możliwości.

B.G.L.: To już zaplanowane i wdrażane. A oprócz tego jeszcze takie rekreacyjne i wspaniałe plenery międzynarodowe. Więc jakiś mały wypad na Sycylię…<śmiech>

Małe, lecz pełne możliwości

Dzięki działaniom i żywiołowości, które Bernarda od niespełna 10 lat wnosi do Lubina, miasteczko wyrosłe w górniczej tradycji, ospałości i bezruchu ożywa, wzbogaca się duchowo. Bernarda to nietuzinkowa postać, która zaraża entuzjazmem i rozumieniem sztuki, czego nieczęsto można doświadczyć w szkole, gdzie większość mieszkańców miasteczek takich jak Lubin poznaje na pewnym etapie edukacji niewielki wycinek artystycznego świata. Z różnych przyczyn nie nawiązują oni z nim porozumienia, nie pogłębiają ledwie zarysowującej się relacji. Przekroczenie tej granicy pozwala poznać świat z innej perspektywy, pełnej uważności i uczuć, niezależnie od tego, czy chodzi o dzieci, młodzież czy dorosłych. Wielkie zmiany wymagają długich lat, lecz skarbem nie do przecenienia jest umiejętność zauważania tych mniejszych, które z czasem wpływają na całe społeczności. Właśnie tego z bezgraniczną serdecznością życzę Bernardzie w jej dalszej przygodzie, w otaczaniu sztuką mieszkańców małego miasteczka na Dolnym Śląsku.

Angelika Stohnij