A CO JEŚLI MAMA NAPRAWDĘ UMRZE? TEATR POLSKI I SPOTKANIE Z „CUDZOZIEMKĄ” [RECENZJA]
Umarła, a może nigdy tak naprawdę nie żyła? Emocjonująca i terapeutyczna sztuka, która odbiła się głośnym echem, powraca na deski teatru. Młodych widzów przyciąga szczególnie popularny aktor z serialu „1670”.
Premiera spektaklu odbyła się w Teatrze Polskim w 2021 roku, a bilety wciąż wyprzedają się w zawrotnym tempie. Czy powodem stał się osławiony Michał Sikorski? To może mieć znaczenie. Jednak „Cudzoziemka” w reżyserii Katarzyny Minkowskiej cieszy się tak dobrą renomą, że nie potrzebowałaby dodatkowej zachęty, aby się obronić. Co więc sprawia, że widzowie tak chętnie powracają, aby na nowo przyjrzeć się losom Róży? Losom? A raczej pogrzebowi głównej bohaterki.
Kim jest Róża?
Róża Żabczyńska to tytułowa „Cudzoziemka”. Bohaterka przyjeżdża do Polski z Rosji, gdzie spotyka się z niechętnym przyjęciem. Na każdym kroku ludzie dostrzegają jej „obcy” akcent, ona sama czuje się wyobcowana. Wychowywała się na rosyjskiej literaturze, muzyce i sztuce, co wywarło znaczący wpływ na jej życie. Zdaje się być jedną z bohaterek rosyjskich romansów, jak stwierdziła jej córka Marta.
Matka żyje pamięcią o dawnej, nieszczęśliwej miłości i zawiedzionych nadziejach wobec mężczyzny, którego zdaje się wciąż kochać. Trwa również przy niespełnionych marzeniach o karierze śpiewaczki operowej. Za swoje niepowodzenia obwinia rodzinę. Jawnie wspomina dawną miłość, lekceważąc męża. Córka staje się projektem – ma osiągnąć to, czego nie udało się jej matce. Wyraźnie faworyzuje syna, którego pieszczotliwie nazywa „swoim Władziem”.
Wszyscy mają być idealni, podlegli, mają spełniać oczekiwania i dopasowywać się do jej nieustannie zmieniającego się nastroju. Kobieta postrzega siebie jako podporę całej rodziny, jednocześnie czując, że wszystko, co robi, jest aktem nieustannego poświęcania się. „Co wy byście beze mnie zrobili” – powtarza niczym mantrę. I w końcu odchodzi. Umiera, choć nigdy naprawdę nie żyła. A jej rodzina? No właśnie… czy mogą tak po prostu wstać i wyjść?
Prawdziwa historia?
Życiorys Róży porusza, jednak nie jest to opowieść oderwana od rzeczywistości. Scenariusz „Cudzoziemki” stanowi interpretację książki o tym samym tytule autorstwa Marii Kuncewiczowej. Autorka stworzyła psychologiczną powieść autobiograficzną. Jako dziewczynka była zmuszana przez despotyczną matkę do lekcji śpiewu. Ostatecznie została uznaną śpiewaczką operową. Gdy jednak skończyła trzydzieści lat, jej matka umarła. Kuncewiczowa porzuciła karierę muzyczną, bo czuła, że uwalnia się od dotychczasowej presji. Mogła nareszcie zacząć żyć po swojemu, więc zaczęła pisać książkę.
Główną bohaterką staje się właśnie Róża, zarazem czuła, jak i despotyczna kobieta, która ma trudną relację z rodziną.
– W książce Róża umiera w chwili, gdy zaczyna żyć naprawdę, uświadamiając sobie, co w rzeczywistości jest dla niej ważne – podsumowuje Zuzanna Liszewska, recenzentka spektaklu.
Na nowo opowiedziane
Katarzyna Minkowska na pierwszym planie ukazuje scenę pogrzebu. Jak się okazuje jest to pogrzeb zmarłej przedwcześnie Róży Żabczyńskiej. Pomysł jest o tyle oryginalny, że kobieta bierze czynny udział we własnym pogrzebie – pod postacią ducha? Można tak powiedzieć. Obserwuje i komentuje wydarzenia niczym narratorka opowieści o własnym życiu. Zawsze ma coś do powiedzenia, jednak nikt jej nie słyszy. Jedynie Władysław niekiedy zachowuje się tak, jakby docierały do niego podszepty matki.
Kolejnym wyzwaniem było przeniesienie realiów lat dwudziestych XX wieku na lata dwudzieste XXI wieku. Po stu latach opowieść z pewnością wybrzmiewa nieco inaczej, jednak jej przesłanie pozostaje aktualne. Spełnianie oczekiwań innych, trauma pokoleniowa i despotyczny rodzic to mimo wszystko wciąż aktualne tematy.
Słowo, dźwięk, światło
Z czasem na jaw wychodzą demony. Mimo wielu pięknych słów pożegnalnych, nikt nie płacze, a wszystko zdaje się być w pewien sposób sztuczne. Stłamszeni bohaterowie zaczynają mówić. Śmierć matki staje się momentem przełomowym w ich życiu, a jej odejście uwalnia ich z więzów powinności.
W spektaklu tym najważniejsze jest słowo i gest. Nie znajdziemy wielu zaskakujących zwrotów akcji, lecz trudno będzie oderwać wzrok od sceny. Niesamowita gra Alony Szostak jest pełna szczerości i doskonale oddaje charakter sztuki. Humor Róży potrafi zmieniać się co minutę – od złości i wzburzenia po romantyzm i czułość. Michał Sikorski w roli Władysława łączy nieco komediową manierę z powagą i dramatyzmem, magnetyzując widza.
Można odnieść wrażenie, że oboje momentami dominują scenę, jednak każda z postaci na swój sposób ją dopełnia. Cisza ojca (Andrzej Szubski), tajemniczość Marty (Monika Roszko) i obojętność Adama (Michał Kaleta), dawnej miłości Róży, równie mocno zaznacza się w sztuce. Liczy się to, co wypowiedziane i niewypowiedziane.
Atmosferę buduje gra świateł oraz aranżacja muzyczna. Przytłaczająca szarość i zimny turkus, oddają chłód pogrzebu i emocji bohaterów, kontrastując w innych scenach z niepokojącą czerwienią. Muzyka orkiestrowa towarzyszy widzom od pierwszej sceny i stanowi tło dla rozgrywających się wydarzeń. Pojawia się także akompaniament fortepianu oraz akcenty śpiewu ludowego. Wszystko to układa się w spójnie brzmiącą, sugestywną opowieść.
Dramat życia codziennego
Katarzyna Minkowska łączy w sztuce elementy komedii z tragedią. Pogrzeby zwykle kojarzą się z powagą i podniosłością, w „Cudzoziemce” jest inaczej. Spektakl zrywa z przekonaniem, że o zmarłych nie można źle powiedzieć. Nic nie dzieje się tak, jak powinno: trumna nie stoi we właściwym miejscu, kwiaty są nieodpowiednie, a wyidealizowany obraz miłości do Adama, zarysowany dzieciom przez Różę, rozpada się.
„Cudzoziemka” podejmuje ważną dyskusję o relacjach rodzinnych. O ludziach związanych ze sobą przez los, ale niezadowolonych z własnego położenia i nieszczęśliwych. Nie ma tu miłości, jest jedynie przywiązanie, zbudowane na konwencjach, oczekiwaniach i strachu. Róża nie kocha naprawdę swoich dzieci. „Ja się pytam, czy ty ją kochasz, a nie co dla niej zrobiłaś” – stwierdza jej mąż. Marta jest dla niej tylko projektem, natomiast Władysław, wyidealizowaną projekcją. Dzieci tak naprawdę boją się matki i próbują chronić się na wszelkie sposoby przed jej złością i wybuchami emocji. Męża nie kocha, odrzuca go, ale jednocześnie nie potrafi zrozumieć, dlaczego ją zdradza.
Róża nie dostrzega w niczym własnej winy. Ma wrażenie, że za poświęcenie dla rodziny należy jej się wieczny hołd. Jest bohaterką pierwszoplanową i tak się zachowuje, niczym tragiczna postać dramatu, której los kończy się śmiercią. Całe jej życie było cierpieniem, ponieważ wierzyła, że tylko ono prowadzi do wielkości, której tak pragnęła. Za jej niespełnione ambicje cierpi cała rodzina. Bohaterowie nie mogą ze sobą żyć, ale nie mogą też się od siebie uwolnić.
Róża czuje się obco nie tylko w domu – świat w którym żyje zdaje się być dla niej równie obcym miejscem. Żyje wspomnieniem przeszłości, a nie teraźniejszością. Dramat dogłębnie porusza problem obcości i wyobcowania. Ze sceny padają słowa: „Nieszczęśliwa cudzoziemka, na ziemi wszędzie, cudzoziemka”, które pełnią rolę motta spektaklu.
Teatr jako terapia
– „Cudzoziemka” w reżyserii Katarzyny Minkowskiej jest właśnie prawdziwa, namacalna i zmuszająca widzów do refleksji nad własnymi relacjami z innymi ludźmi – zauważa Waldemar Kuligowski, recenzent spektaklu.
Można więc postawić pytanie, czy oglądanie sztuki teatralnej może być również pewną formą terapii? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Widz, oglądając sztukę, może odnaleźć w postaciach własne konflikty, traumy lub dylematy. Ujrzenie ich „na zewnątrz” pomaga niekiedy lepiej je nazwać, zdystansować się lub spojrzeć z innej perspektywy na daną sytuację. Teatr pokazuje, że nie jest się samotnym w cierpieniu, ponieważ są to problemy, które dotykają większej grupy ludzi. Sztuka nie zastąpi całkowicie rozmowy z psychologiem, ale może stać się impulsem do zmiany lub poszukiwania pomocy.
Julia Roksz
