O POPRAWNOŚCI POLITYCZNEJ, AUTOCENZURZE I WOLNOŚCI SŁOWA

Jakiś czas temu echem poniosły się w internecie kontrowersyjne słowa profesora Jerzego Bralczyka. W czasie wywiadu w programie „W stylu Krychowiaka” dla stacji RMF FM ogłosił, że używa słowa „Murzyn” (choć łaskawie nie robi tego w stosunku do osób, które mógłby w ten sposób obrazić).

Bralczyk zaznaczył przy tym, że bliżej nieokreśleni „oni” chcą mu narzucić poprawność polityczną nawet w jego własnej głowie, zmuszając go, by „nie myślał Murzyn”. Przywodzi to na myśl dystopijnego, orwellowskiego Wielkiego Brata, który wniknął już do umysłu profesora i próbuje narzucić mu „poprawne myślenie”. Choć jego wypowiedź miała bardziej kontrowersyjne fragmenty, które obiegły Instagram w postaci rolki i wywołały słusznie spore poruszenie, dla mnie ważniejszy jest właśnie ten fragment. Skłonił mnie on do refleksji nad kwestią, która przez nikogo nie została poruszona, a przynajmniej ja takich wątków nie dostrzegłam.

Czym jest poprawność polityczna?

Definicja umieszczona w WSJP PAN wskazuje, że jest to ‘unikanie w wypowiedziach publicznych sformułowań, które mogłyby naruszyć poczucie godności danej grupy ludzi i świadczyłyby o jej dyskryminowaniu’. Co interesujące, możemy zauważyć, że nie ma przy tym zaznaczonego żadnego odgórnego, narzuconego przymusu do praktykowania takiej postawy. Nie jest więc tak, jak profesor próbuje insynuować, że Wielki Brat wdziera się do umysłów i narzuca, co wolno nam myśleć.

Źródło: https://wsjp.pl/haslo/podglad/40591/wolnosc-slowa 

A jak to wygląda w praktyce?

Można by było jednak zwrócić uwagę, że jest to jedynie definicja słownikowa, której znaczenie rozmyło się w internecie i przybrało bardziej kształt pojęcia hiperonimicznego. Wyszukując to hasło w serwisie YouTube znajdziemy głównie treści prawicowo-konserwatywne, alarmujące o upadku kultury i powrocie totalitaryzmu za sprawą właśnie osławionej i groźnej „poprawności politycznej”. Porównywana jest z nowomową oraz zrównywana z cenzurą, a za niepodporządkowanie jej się grożą straszne, choć niesprecyzowane, konsekwencje ze strony tych nieokreślonych „onych”, o których wspominał Bralczyk (wywiad można obejrzeć tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=ec9DQNgEht4).

Kultura upada, gdyż wpychane są do niej na siłę postaci reprezentujące mniejszości (i kobiety, gdyż najwidoczniej nie wystarczy, że stanowią połowę społeczeństwa). W ostatnich latach popularny stał się mem o produkcjach Netflixa, według którego w każdym serialu musi pojawić się osoba nieheteronormatywna lub innego koloru skóry niż biały. Tak przynajmniej twierdzą twórcy treści prawicowo-konserwatywnych w mediach, nazywając rozszerzanie reprezentacji problemem. Wykrzykują przy tym przestrogi o odbieraniu wolności słowa oraz uciszaniu przez – ponownie – mitycznych „onych”. Dostrzegają przy tym faktycznie istniejący kłopot, choć leży on gdzie indziej niż sama poprawność polityczna – jest nim chociażby tęczowy kapitalizm czy rainbow washing (nazywany także pinkwashingiem). 

Jak to jest z tą wolnością słowa?

Nie tak dawno głośne stało się nagranie Sławomira Mentzena, na którym ironizował, że „od razu czuje się bezpieczniej”, a „gruzińskie gangi, weterani ukraińscy prosto z frontu już drżą ze strachu”, gdyż do dolnośląskiej policji przyjęto do służby kobiety. Pomińmy niezbyt subtelną antyukraińską narrację, która mimochodem została wpleciona do wypowiedzi polityka trzeciej największej siły politycznej w Polsce i skupmy się na jeszcze bardziej oczywistym seksizmie. Został on szybko dostrzeżony i wytknięty przez społeczność internetową, a przez media przetoczyły się wypowiedzi najróżniejszych person potępiających te nagranie. Ostatecznie jednak nie zmieniło to nic, a policjantki tak jak służyły wcześniej, tak służą nadal.

Wolność słowa jest ‘prawem do swobodnego publicznego wygłaszania poglądów na dany temat […]’, choć w praktyce nie wszystko można powiedzieć. Oczywiście, istnieją kroki prawne, które można podjąć, lecz w większości spraw kończy się to znacznie łagodniej. Niektóre, nawet najbardziej kontrowersyjne wypowiedzi, mimo że początkowo spotkają się z krytyką, wkrótce zostają zapomniane, tak jak wspomniany wyżej filmik Sławomira Mentzena.

Źródła:

Definicja wolności słowa z WSJP PAN: https://wsjp.pl/haslo/podglad/40591/wolnosc-slowa

Wypowiedź Sławomira Mentzena o policjantkach: https://x.com/SlawomirMentzen/status/2105347760623058956

O zmianach w tendencjach 

Zupełnie inaczej (gdyż jest to też inny kaliber sprawy) było w przypadku nieodległej dramy z trasą koncertową Eda Sheerana, który wykluczył z niej Macklemore’a w myśl pozostania „apolitycznym” (choć było to dosłowne przeciwieństwo takiej postawy). Raper wyraził bowiem w czasie występu poparcie dla Palestyny, co nie powinno być dla nikogo zaskakujące, gdyż w 2024 roku wydał w tej sprawie protest song „Hind’s Hall”. W konsekwencji sprzedaż biletów oraz samo zainteresowanie koncertami irlandzkiego muzyka drastycznie spadło. 

Jest to zupełne odwrócenie tendencji, o których pisał Didier Fassin w eseju „Moralna abdykacja. Dlaczego świat nie powstrzymał zagłady Strefy Gazy?”. Akademicy tracili posady, protestujący byli uciszani, a potępianie ludobójstwa było zrównywane z antysemityzmem (wciąż jest) i wiązało się z szerokim wachlarzem możliwych konsekwencji.

Wolność słowa jest tak naprawdę prawem niezwykle wybiórczo respektowanym, a zakres tego, co jest dozwolone, zależy jedynie od tego, co jest wygodne dla osób u władzy. Trzy lata temu reakcja na decyzję Eda Sheerana w mediach byłaby zdecydowanie pozytywniej przyjęta przez odbiorców, a Macklemore spotkałby się ze znacznie większym ostracyzmem. Tendencje się zmieniają.

Cenzura w mediach

Poruszając się po internecie można zauważyć powszechną praktykę „łagodzenia” wpisów czy wypowiedzi. Emotki lub skróty pozwalają nam – jako odbiorcom treści – porozumiewać się za pomocą swoistego kodu. Przykładów nie trzeba szukać daleko. 

Po eskalacji przemocy w Gazie w październiku 2023 roku, gdy rozpowszechniła się informacja, że mamy do czynienia z pierwszym streamowanym ludobójstwem w historii, a algorytmy mediów społecznościowych ukrywały posty i nagrania ze słowem „Palestyna”, zaczęto stosować w zastępstwie emotkę arbuza. Naturalnie przychodzi nam rozpoznawanie jakie znaki kryją się pod gwiazdkami, kropkami lub inną formą cenzury.

Za kulisami algorytmów YouTube’a

O tym jak wygląda z perspektywy twórczyni internetowej poruszanie się po rozszalałym morzu algorytmów, które jednych ciska w głębinę, a innych niesie na falach, podzieliła się ze mną autorka kanału Helena Lawenda na YouTubie. Choć pierwszy jej film wstawiony został dwa lata temu, regularne treści wrzuca od roku. Zajmuje się omawianiem szeroko zakrojonych tematów społecznych, a znaczna część jej twórczości oscyluje wokół celebrytek oraz celebrytów, których kariery opierają się raczej na skandalach czy kontrowersjach niż sympatii odbiorców.

M.B.: Czy są słowa, przez które możesz mieć obcięte zasięgi? Czy miałaś kiedyś taką sytuację lub spotkały Cię inne konsekwencje?

H.L.: Są pewne słowa uznawane za wulgarne, które YouTube „toleruje”. Prawdziwy problem pojawia się w momencie, kiedy wchodzą sponsorzy. Często management strofował mnie za udostępnianie niektórych memów czy poruszanie niestosownych wątków, bo mogę „odstraszyć reklamodawców”. […]

M.B.: Czy odczuwasz, że musisz się cenzurować w twórczości, stosować zamienniki dla konkretnych słów? Jeśli tak, jakie są to słowa i czym je zastępujesz?

H.L.: Tak, są pewne słowa, których wypowiedzenie mogłoby być ryzykowne. Mimo tego, że YouTube ma osobną kategorię na treści dla dzieci, to reszta materiałów może być wyświetlana przez osoby od 13 roku życia. Tym samym omawianie gwałtów, zabójstw, samobójstw, pedofilii i tym podobnych może skutkować demonetyzacją. Takie słowa zawsze cenzuruję, albo w postprodukcji, albo używając „bezpiecznych” synonimów. W polskim internecie już przyjęło się mówienie „PDF” zamiast pedofil. W języku angielskim stosuje się też skróty typu SA (zamiast sexual assault), un-aliving (zamiast zabójstwo, samobójstwo), ED (eating disorder), myślę, że to kwestia czasu, aż te skróty myślowe i neologizmy zyskają swoje tłumaczenia w polskich mediach społecznościowych. 

M.B.: Jako twórczyni wolisz cenzurować konkretne słowa (na przykład wulgaryzmy) poprzez „wypikanie” ich w montażu czy stosujesz inne metody?

H.L.: Tak, zaczęłam stosować cenzurę czy też po prostu wyciszanie wulgaryzmów. Nie jest to tylko kwestia algorytmu i restrykcji YouTube. Zdaję sobie sprawę, że mogą mnie też oglądać młodzi ludzie, jak i osoby, które nie mają ochoty wysłuchiwać wszelakiej łaciny podwórkowej. Często muszę do moich filmów załączać fragmenty materiałów innych osób, czasem z udziałem bardzo kontrowersyjnych postaci, nie mam wtedy możliwości wycięcia tych wulgaryzmów, więc po prostu wyciszam je w montażu. 

M.B.: Jak rozumiesz poprawność polityczną? Czy masz do tego zagadnienia jakiś stosunek emocjonalny?

H.L.: Mam wrażenie, że poprawność polityczna stała się dla konserwatywnych środowisk takim „słowem wytrychem”, którego używają za każdym razem, gdy coś im się nie spodoba. Momentami ta narracja podchodzi pod teorie spiskowe, nagle każdy aktor o odmiennym kolorze skóry nie jest już postacią w filmie, tylko jakimś misternym przekazem podprogowym […]. Osobiście śmieszy mnie takie podejście, dla mnie poprawność polityczna jest bezpośrednio związana z inkluzywnością. Ta „poprawność” to tak naprawdę zwiększona świadomość tego, że na świecie jest mnóstwo najróżniejszych osób, które też zasługują na to, żeby być uwzględnione w dyskusji, przedstawione na ekranie, opowiedziane w historii et cetera. Brzmi to trywialnie, ale to są naprawdę drobne zmiany wprowadzane do języka czy mediów, żeby osoby, które są w tak zwanych „mniejszościach” nie czuły się jak wyrzutki, które nie zasługują, czy nie są wystarczająco istotne, aby zasłużyć na to uwzględnienie. To jest zwyczajnie kwestia empatii i otwartości. Wracając do mojej anegdotki, […] w mojej opinii Hollywood po prostu już nie może sobie pozwolić na wykluczanie aktorów ze względu na ich kolor skóry. To nie jest rezultat przymusu, to jest koniec segregacji i wykluczenia.

M.B.: Czy uważasz, by być „poprawną politycznie”?

H.L.: Staram się być jak najbardziej otwarta i świadoma, aby osoby oglądające mnie czuły, że są w bezpiecznym miejscu. Nie robię tego idealnie, wiem, że inkluzywny język wciąż dla wielu osób brzmi nienaturalnie, nawet kilka razy oberwało mi się w komentarzach za to, że na przykład odnoszę się do osób transpłciowych w ich preferowanych zaimkach, albo że opisałam produkty higieniczne jako „dla osób, które menstruują” zamiast „dla kobiet”. Innym razem czytałam negatywne komentarze o tym jak opisywałam kwestie związane z tożsamością płciową, że było to zbyt łopatologiczne, albo moja terminologia jest przestarzała. Wiem, że nie mogę uszczęśliwić wszystkich, ale staram się dokształcać i być świadoma tego, że słowa jakich używam mają wielką wagę. Powiedziałabym, że tak, jestem raczej poprawna politycznie, albo staram się być.

M.B.: Czy cancel culture działa?

H.L.: Nie aż tak jak ludziom się wydaje. „Cancel” można przeczekać. Jest to popularna strategia wielu twórców, którzy tego doświadczyli. Odczekać aż wszyscy zapomną i wrócić, jak gdyby nigdy nic, oczywiście wyświetlenia i zaangażowanie będzie mniejsze, ale zawsze jakaś widownia się ostanie. […] Nawet jeżeli sto tysięcy osób krzyczy, żeby wyrzucić kogoś z internetu, to znajdzie się tysiąc, które będą tę osobę dalej wspierać i na ich barkach taki influencer może jeszcze utrzymać się na powierzchni.

Martyna Błaszyk