„JA ŚPIEWAM, KIEDY DESZCZ PIOSENKĘ ŚPIEWA TEŻ” – „DESZCZOWA PIOSENKA” [RECENZJA]

Fot. Krzysztof Kubiak

Gdy w 2023 roku Teatr Muzyczny w Poznaniu ogłosił, że do repertuaru zawita „Deszczowa Piosenka”, bilety zniknęły błyskawicznie. Klasyczny już dzisiaj musical podbił serca Poznaniaków, którzy przychodzą na ten spektakl i zachwycają się choreografią, scenografią a także niezwykłym talentem aktorów rodem z Hollywood. 

Czy poznańska wersja może dorównać tej wystawianej 13 lat temu przez Teatr Muzyczny Roma? Czy poznańska scenografia dorównuje największym hollywoodzkim filmom? Zapraszam do przeczytania mojej recenzji. 

Początki kina dźwiękowego 

Rok 1927 zmienił na zawsze historię kina. Na ekrany wszedł pierwszy film dźwiękowy pod tytułem „Śpiewak jazzbandu”. Wiele wytwórni musiało się mierzyć z nową rzeczywistością – oto nastał koniec epoki kina niemego. To właśnie wtedy poznajemy głównego bohatera „Deszczowej Piosenki” Dona Lockwooda oraz jego partnerkę ekranową Linę Lamont. Producenci oczywiście chcą iść z duchem czasu i postanawiają spróbować z kinem dźwiękowym, natomiast nie jest to takie łatwe, jakby się mogło wydawać. Jednak zanim o tym dlaczego, należy zwrócić uwagę na scenografię. 

Piękne lata 20. 

W latach 20. ubiegłego wieku Oscary były czymś zupełnie innym niż dzisiaj. Elegancja, przepych oraz dziennikarze na czerwonym dywanie – to wszystko zapierało dech w piersiach. Scena otwierająca została przemyślana w każdym szczególe. Aby móc przeżyć ją w pełni, polecam Wam usiąść w pierwszym rzędzie. Stroje, które przygotowała Natalia Kitamikado są przepiękne i potrafią przenieść do Złotej Ery Hollywood, kiedy szyk, elegancja oraz wdzięk były na porządku dziennym. A to wszystko dopełnia scenografia przypominająca swoim wyglądem hollywoodzką muszlę koncertową.

Fot. Krzysztof Kubiak

Nie tylko scena 

„Deszczowa Piosenka” wymaga od realizatorów nie tylko oddania ducha epoki, ale też stawia przed nimi niemałe wyzwanie. Jak zapewne możecie pamiętać z filmu na podstawie, którego ten musical powstał, główni bohaterowie kręcą film, mający być dużym przebojem, i tutaj duże ukłony dla reżysera Tadeusza Kabicza za to, że podjął się tak trudnej realizacji. A jakie tego efekty, musicie się przekonać sami, ale zdradzę Wam, iż są one w duchu filmów, które wiele lat temu Poznaniacy mogli oglądać w Kinie Muza. 

Stepowanie

Czym byłaby „Deszczowa Piosenka” bez stepowania? Podejrzewam, że zapewne nie miałaby w sobie tej magii. Jednak stepowanie to wymagający rodzaj tańca. Oglądając musical, nie mogłem wyjść z podziwu, jak wdzięcznie Don i jego partner Cosmo wystukują rytm w piosence „Mojżesz to możesz” czy sam Don w przeboju tytułowym. Stepowanie zachwyciło mnie od samego początku spektaklu, co tylko dowodzi, że każdy detal został przemyślany, tak że ukłony zarówno dla choreografa Michała Cyrana, jak i Macieja Glazy, który pełni funkcję choreografa stepu. 

Aktorzy jak z Hollywood

Polscy widzowie poznali „Deszczową Piosenkę” w 2012 roku, kiedy miała swoją premierę w Teatrze Muzycznym Roma. Czy jest coś, co łączy obydwie wersje? Zaskoczę Was, ale są to aktorzy. Jednym z odtwórców postaci Dona był wówczas pan Tomasz Więcek i przedziwnym zbiegiem okoliczności jest on nim również w Poznaniu. Mogę powiedzieć, że wypada w tej roli nieziemsko. Wydawać by się mogło, że wstąpił w niego duch Gene’a Kelly’ego, a on ten talent wykorzystuje w najlepszy możliwy sposób. Towarzysząca mu na scenie Oksana Hamerska, musicalowa Kathy Selden, uosabia ducha Debbie Reynolds. Jej delikatność, maniera oraz niesamowity talent wokalny to tylko niektóre z cech pokazujących talent pani Oksany. I na koniec warto wspomnieć o roli Liny Lamont, w której dane mi było zobaczyć Barbarę Melzer. To wyjątkowe doświadczenie, dlatego oglądając spektakl, przysłuchujcie się jej uważnie, bo jest w tej roli coś, co może Was zaskoczyć. Ale nie zdradzę co takiego. Wybierzcie się i przekonajcie się sami!

Epoka, która już minęła

Lecz nie tylko aktorzy sprawiają, że Deszczowa Piosenka jest tak niezwykła. Dzisiaj platformy streamingowe są codziennością, a okres przełomu dźwiękowego to epoka, która już dawno minęła. Nie zdajemy sobie sprawy, jak trudną sztuką było wtedy nagrywanie dialogów. Tutaj duże brawa należą się dwóm młodym aktorkom, które możemy oglądać w rolach postaci pełniących w tamtych czasach bardzo ważne funkcje – Urszuli Laudańskiej (jako inżynierze dźwięku) oraz Ewie Mociak (jako nauczycielce dykcji). Także ukłony dla obu pań się należą, ponieważ pokazują idealnie, jak wymagające wówczas funkcje można było znaleźć w Hollywood w minionej epoce. 

Podsumowanie

Mimo że bilety na „Deszczową Piosenkę” trzeba kupić z dużym wyprzedzeniem, warto się na ten spektakl wybrać. Na poznańskiej scenie możemy odnaleźć zarówno klimat Hollywood, systemu studyjnego, jak i star systemu. Na ukłonach aż chce się śpiewać wraz z aktorami dwa największe szlagiery czyli „Dzień Dobry” oraz przebój tytułowy, bo zaczynamy utożsamiać się z zakochanym w Katie Donie czy też z radosnym Cosmem. Wszystko to sprawia, że patrząc na aktorów, zaczynamy im kibicować oraz cieszyć się z najmniejszych rzeczy jak Don tańczący w deszczu. 

Zakończenie

Na zakończenie mogę Wam doradzić, że kiedy postanowicie kupić bilet na recenzowany przeze mnie spektakl, wybierzcie miejsce w pierwszym rzędzie. Zagwarantuje Wam to niezapomniane przeżycia. Koniecznie zapozujcie w żółtym płaszczu na ściance pod latarnią jak Gene Kelly w kultowej scenie i zróbcie sobie zdjęcie. Klasyka gatunku na poznańskiej scenie sprawia, że może w nas zakwitnąć miłość do stepu czy do Hollywood z lat 20., tak że jak tylko zauważycie bilety w sprzedaży, kupujcie je bez wahania!

Krzysztof Kubiak