JEST TEN TYLKO DZIEŃ – „RENT” W TEATRZE VARIÉTÉ

Musical „RENT” Jonathana Larsona nazywany jest kultowym, rewolucyjnym. I może dlatego jest chętnie wystawiany nawet po 30 latach od premiery na Off-Broadwayu, a od zeszłego roku grany jest w krakowskim Teatrze Variété. Jednak patrząc na to, jak silnie musical jest osadzony w realiach swoich czasów, toczą się dyskusje, czy jest on nadal aktualny – czy można się z nim nadal utożsamiać? I czy nadal da się ten spektakl zrealizować w interesujący sposób?
Zabieram się do pisania o musicalu „RENT” ze świadomością, że o tym spektaklu mówić mi trudno. Nie dlatego, że mam pustkę w głowie – raczej z powodów zupełnie przeciwnych. Trudno jest dlatego, że jest to spektakl mi bardzo bliski; porusza wszystkie struny mojej duszy i przez to niełatwo mi wypowiadać się o nim obiektywnie. Ta historia przyjaciół-artystów, członków nowojorskiej bohemy lat 80., ma w sobie coś wyjątkowego, a chociaż jej przesłanie jest prawie boleśnie oklepane – carpe diem, jest ten tylko dzień – sposób, w jaki to przekazuje, mnie osobiście bardzo porusza. Mimo że ma reputację musicalu, który jest poważny i smutny, zawsze postrzegałam go raczej jako historię o nadziei i przyjaźni, o radości nawet w najciemniejszych chwilach. Sposób, w jaki ta iskra przyjaźni spaja fabułę, sprawia, że przesłanie wybrzmiewa wyjątkowo wyraziście. W związku z tym musiała mnie przyciągnąć krakowska inscenizacja musicalu. Przyciągnęła dość skutecznie, bo spektakl grany 8 czerwca był moją trzecią stycznością z „RENT” Teatru Variété. Zgodnie z klasycznym powiedzeniem „do trzech razy sztuka”, tym razem w końcu postanowiłam się zmierzyć z ubraniem wrażeń z tego spektaklu w słowa.
Inscenizację Teatru Variété najłatwiej mi nazwać specyficzną. Fakt, że pracując z materiałem już dobrze znanym i uznawanym za kultowy (a równocześnie takim, który może się łatwo przedawnić), warto zdobyć się na odwagę, żeby zrobić z nim coś nowego i oryginalnego. I coś oryginalnego bez wątpienia zostało zrobione – ale śmiem zadać pytanie: czy inscenizacja ta nie jest momentami aż zbyt oryginalna? I czy pozwoliło to na lepsze rezonowanie materiału z widzem?
Skarbie, to miłości czas
„RENT” przedstawia rok z życia grupy przyjaciół-artystów, członków nowojorskiej bohemy na przełomie lat 80. i 90. XX wieku. Naszym przewodnikiem po ich świecie staje się Mark Cohen, który w wigilijny wieczór zaczyna kręcić swój film dokumentalny, przedstawiający życie jego oraz jego znajomych. Choć godzina 21:00 w Wigilię mogłaby być już porą wyciszenia, kiedy bohaterowie zbierają się, aby pośmiać się i poświętować we wspólnym gronie, jest to jedynie początek zwariowanych wydarzeń tego dnia: Mark i jego współlokator Roger dostają telefon od właściciela budynku, stawiającego ultimatum dotyczące zapłacenia czynszu, ich przyjaciel Collins zostanie napadnięty na ulicy, do Marka dzwoni jego była dziewczyna, Maureen, błagając o pomoc z zepsutym sprzętem na urządzany przez nią protest-performans (czym, notabene, zajmuje się jej obecna dziewczyna, Joanne), a Roger poznaje piękną sąsiadkę, Mimi, z którą natychmiast czuje chemię. I od tego szalonego, prawie przytłaczającego wielością splatających się wątków dnia, rozpoczyna się „RENT”, od tej pory pokazujący wzloty i upadki wymienionych bohaterów, gdy będą się zmagać z zimnem, głodem, brakiem pieniędzy, próbą tworzenia sztuki, uzależnieniami, problemami miłosnymi i… diagnozą śmiertelnej choroby, ponieważ większość głównych postaci choruje na AIDS.
Viva la vie Bohème!
Najbardziej charakterystycznym rysem tej inscenizacji jest to, że w przedstawieniu oddalamy się od konwencji realistycznej. Scenografia jest minimalistyczna: za prawie jedyne rekwizyty aktorom będą służyć stoły, krzesła i pojedyncza lina. Związany z tym jest też brak zmian scenografii, które sugerowałyby zmianę otoczenia – a w momencie, gdy przeskakujemy z miejsca na miejsce (splot wydarzeń musicalu, szczególnie w pierwszym akcie, potrafi być chaotyczny), może to jednak utrudniać odbiór osobie, która widzi „RENT” po raz pierwszy. Podobnie wszystko odbywa się bez zmian kostiumów, również ze strony osób z zespołu wokalno-tanecznego; więc i o zmianach postaci, w które ci się wcielają, wnioskować można wyłącznie na podstawie kontekstu piosenek. Nie powiedziałabym, że to coś złego – widoczny jest tu spójny zamysł, w spójny sposób zrealizowany, a przecież czasem mniej potrafi znaczyć więcej – jednak faktycznie, są momenty, kiedy nie sprzyja to nadążaniu za biegiem akcji. Jednak bez wątpienia taka próba przeniesienia musicalu na kanwę bardziej symboliczną pomaga w podkreśleniu przesłań uniwersalnych, niż tylko przyziemne wydarzenia zawarte w fabule.
I równocześnie, kiedy do minimum zostają sprowadzone te elementy warstwy wizualnej, najsilniejszą jej stroną staje się ruch. Ba – jest to może najmocniejszy punkt całego spektaklu. Choreografia Santiago Bello jest bardzo wyrazista, przekazująca silne emocje, zarówno przez dużą ekspresywność w tych najbardziej chaotycznych, rockowych utworach, jak i uderzając precyzją w wolniejszych i przepełnionych wzruszeniem piosenkach. Ruch mówi czasem więcej niż słowa – i to w tańcu aktorów kryje się niesamowita emocjonalna siła tej inscenizacji, która przez swoją estetykę potrafi do głębi poruszyć.
Pieśń dla sławy… tłumacza
„Ruch mówi czasem więcej niż słowa” – stwierdzam to również w kontekście tłumaczenia, do którego opisania też posłużę się tym poręcznym wyrażeniem: jest specyficzne. Przekład Andrzeja Ozgi na pewno nie jest zły, o czym zresztą świadczy fakt, że to nie pierwsza polska inscenizacja musicalu, która się nim posługuje. Wpada w ucho – jest poetycki, słucha się go przyjemnie. I jeśli spektakl ten byłby dla kogoś pierwszą stycznością z „RENT”, absolutnie nie będzie przeszkadzało w odbiorze. Wiadomo – żadne tłumaczenie nie będzie w pełni transparentne, nie odda dokładnie znaczenia oryginału. Jest jednak kilka rzeczy, które warto w tym temacie podkreślić, bo wybory tłumacza bardziej czy mniej bezpośrednio odbiły się na krakowskiej inscenizacji.
Po pierwsze, tłumaczenie jest poetyckie – momentami powiedziałabym, że zbyt poetyckie. Oryginalny musical nawet kiedy posługuje się metaforyką, pozostaje bardzo ściśle osadzony w otaczających go realiach. Jesteśmy w Nowym Jorku, dużym mieście – jest zimno, jesteśmy na ulicy, zbliżamy się do nowego tysiąclecia, otacza nas technologia. Tekst tłumaczenia nie raz wydaje się tracić ten surowy klimat oryginału. Równocześnie, to bardziej metaforyczne podejście do tematu bardzo dobrze współgra z wybraną przez reżyserów konwencją odbiegającą od realizmu. Osobiście mam do tego dość ambiwalentny stosunek – o ile zrozumiałe są dla mnie próby przeniesienia utworu na grunt uniwersalny, o tyle uważam, że jego siła w dużej części tkwi w tych odniesieniach do szczegółów. Myślę, że silniejsze osadzenie tekstu w realiach Nowego Jorku wcale nie przeciwdziałałoby próbom uczynienia go aktualnym po latach – czy nie czujemy się nadal, a może coraz bardziej, przytłoczeni ogromem otaczającej nas surowej, betonowej rzeczywistości, pędu miasta, samotności w tłumie?
Jednak to jest kwestia estetyki i może mojego czepialstwa w sprawie detali. Lecz równie frapująca jest oryginalna interpretacja niektórych postaci przez tłumacza. Jest to o tyle ciekawa kwestia, że przejawia się w teorii tylko w paru linijkach tekstu – jednak te pojedyncze frazy zostają tak przełożone, że mają znaczący wpływ na obraz całej postaci, przedstawiając jej zupełnie inny rys psychologiczny, czy też całkowicie zmieniając spojrzenie na jej motywacje i światopogląd. Te wybory są możliwe do zrozumienia po chwili namysłu, a nawet można je uznać za akceptowalne – na pewno reszcie tekstu w polskiej wersji językowej nie przeczą. Sprawia to jednak, że jeśli miało się wcześniej jakąś styczność z musicalem, wychodzi się z teatru dalej analizując, jakim cudem dana postać została wykreowana tak dziwnie inaczej i czy na pewno jest to nadal zgodne z oryginałem.
Masz dziś swój dzień, a jutro mam ja!
Wróćmy jednak z tego gruntu rozważań, porównujących oryginał z wersją polską, do bohemy ściśle w ujęciu krakowskim. Pomijając wszystkie zawirowania narzucone przez tłumaczenie, postacie wykreowane są w sposób naprawdę interesujący. Zaczynając niejako „od końca”, brawa należą się na pewno zespołowi wokalno-tanecznemu – ich poboczne role, często odgrywane w dość przerysowany sposób, nadają spektaklowi specjalnego charakteru, bawią i poruszają, bez wątpienia kreują atmosferę oraz podkreślają ton, w jakim utrzymane zostało całe przedstawienie.
Bardzo przemawia do mnie kreacja postaci Maureen. Eksdziewczyna Marka, osoba bardzo głośna, ekscentryczna i… momentami egocentryczna, często postrzegana jest jako stereotypowa biseksualistka – zdradza i nie potrafi pozostać wierna partnerowi czy partnerce, o czym dawniej przekonał się Mark, obecnie zaś przekonuje się o tym Joanne. I o ile zazwyczaj jest to główna cecha, która definiuje bohaterkę, w Teatrze Variété wydaje się ona nabierać głębi; widać, że oprócz bycia kapryśną kochanką jest członkinią ich grupy przyjaciół, w tle śmiejącą się i wygłupiającą razem z resztą. Równocześnie staje się osobą bardzo emocjonalną i dla swoich najbliższych wspierającą; widocznie najtrudniej znosi najciemniejsze momenty, z którymi bohaterowie się zmagają. Natalia Kujawa potrafi być w tej roli komiczna, drapieżna i poruszająca – i ta interpretacja postaci Maureen jest jedną z najciekawszych i najlepszych, jakie zdarzyło mi się oglądać.
Jak zostało wspomniane, bardzo przemawiają do mnie te momenty, które nie zawsze dzieją się w centrum sceny, a jednak sprawiają, że postacie wydają się bardziej żywe, kiedy razem przekomarzają się i żartują również na marginesie akcji; pozwala to na podkreślenie siły ich przyjaźni, która może być najmocniejszą stroną „RENT”. Bardzo wiele takich momentów ma Tom Collins, grany przez Patryka Bartosiewicza. Jest to człowiek będący istnym promykiem słońca, i może dlatego przyciąga wzrok w trakcie tych małych momentów, kiedy próbuje podnieść na duchu Rogera czy gdy w trakcie noworocznej imprezy nosi na baranach Maureen oraz, oczywiście, we wszystkich scenach, w których jest ze swoim ukochanym – poznaną niedawno drag queen, Angel Dumott Schunard. Chociaż ich relacja rozwija się zatrważająco szybko (jest to też kwestia specyficznego rozłożenia fabuły w czasie świata przedstawionego), obecna między nimi chemia jest oczywista od pierwszych chwil, a patrząc na ich dwójkę trudno jest się szeroko nie uśmiechnąć.
Wobec tego nie można też przemilczeć Angela, odegranego przez Jakuba Szyperskiego – idealnego zarówno pod względem aktorskim, jak i wokalnym. Szyperski może się pochwalić niesamowitą skalą głosu i w tej roli bez wątpienia ma okazję, żeby się nią chwalić – solowa piosenka bohatera jest ucztą dla oczu i uszu. Równocześnie Angel pozostaje przekochaną osobą, która szybko zagarnia dla siebie nie tylko serce Collinsa, ale również widzów; tej postaci trudno jest nie polubić.
Bardzo ciekawą kwestią jest za to wątek miłosny, który możemy uznać za wątek główny: relacja Rogera i Mimi. Jest ona bowiem najbardziej skomplikowana – i choć jest to stwierdzenie prawdziwe dla „RENT” ogółem, mam wrażenie, że w tej wersji jest wyjątkowo trafne, warto się przy ich dwójce na chwilę zatrzymać.
Musisz wiedzieć, chcę powiedzieć…
Kiedy poznajemy Rogera, jest on w dosyć mrocznym miejscu mentalnie: próbuje sobie poradzić z żałobą po stracie ukochanej, równocześnie akceptując własną zbliżającą się nieuchronnie śmierć – bohater choruje bowiem na AIDS. Wobec tego, jego jedynym, ostatnim marzeniem staje się napisanie piosenki, która będzie wielkim hitem; Roger pragnie zostawić coś po sobie i przez chwilę ogrzać się w blasku sławy, nim przyjdzie jego czas. Równocześnie zmaga się jednak z blokadą twórczą, a przytłoczenie rzeczywistością i żałobą skutkuje apatią i prawie całkowitym odcięciem się od reszty świata… aż do jego drzwi nie puka Mimi.
Ta relacja ma wiele wzlotów i upadków, z jednej strony ze względu na wycofanego Rogera, z drugiej zaś – Mimi, która również ma swoje problemy: zmaga się z uzależnieniem od narkotyków i również jest zarażona HIV, choć – w przeciwieństwie do Rogera – wobec tego zaczyna czerpać z życia garściami, wpadając jednak przy tym wręcz w hedonizm. Między parą iskrzy od pierwszych chwil, jednak ze względu na zupełnie różne perspektywy i problemy z komunikacją, stale nie mogą się porozumieć; zbliżają się i oddalają od siebie, próbują się dotrzeć, znów się sprzeczają. Ich relacja jest skomplikowana na wielu poziomach, a wobec tego, jak dużo problemów w ich związku opiera się na niedopowiedzeniach – rozłożenie akcentów między parą i interpretacja ich wzajemnego spojrzenia na siebie w dużej części leży po stronie realizatorów. To w warstwie niewerbalnej i sposobie dostarczania poszczególnych kwestii zawarta jest większość emocji, wszystkich niewypowiedzianych przemyśleń, obecnego między ich dwójką napięcia.
I tu dochodzę do momentu, w którym chciałabym pokrótce powiedzieć, jak ich relacja jest przedstawiona w inscenizacji Teatru Variété. Rzecz w tym, że nie potrafię, rozkładam bezradnie ręce. Specyfika teatru jest taka, że każdy spektakl to oryginalne doświadczeniem – jednak zupełnie nie wiem, co myśleć w obliczu tego, że mam wrażenie, że ze spektaklu na spektakl zmienia się dynamika między głównymi postaciami. Może to znów kwestia czepialstwa i przywiązywania zbyt dużej wagi do szczegółów, jednak bez wątpienia z każdą moją wycieczką na krakowski „RENT”, relacja Mimi i Rogera, zamiast się konkretyzować i rozjaśniać, raczej komplikuje się jeszcze bardziej, stając momentami w sprzeczności z poprzednimi wrażeniami. Na początku dało się to zrzucić na różnice między aktorami odgrywającymi rolę Rogera – za pierwszym razem miałam okazję widzieć Jakuba Wociala w tej roli, później Jana Traczyka. Jednak nawet porównując dwa spektakle, w których Rogera grał Traczyk, Mimi zaś – oba razy Malwina Kusior, coś w ich relacji się różniło. Czy to kwestia wielu miesięcy różnicy w odgrywaniu roli? Czy może w istocie problem tego, że każdy spektakl jest inny?
W dodatku aktorzy mają utrudnione zadanie ze względu na dużą metaforyzację spektaklu – tu, moim zdaniem, momentami pchniętą aż za daleko. Bohaterowie poznają się bowiem w piosence „Light My Candle”, w której – jak wskazuje tytuł – Mimi przychodzi do sąsiada z prośbą o zapalenie jej świeczki. Choć jest to pretekst dość błahy, na tej kanwie oparta została cała ich rozmowa, przesycona chemią i na moment wyciągająca Rogera z jego apatii, kiedy pozwala on sobie na kilka ironicznych żartów. Jednak sprawa wydaje się dużo trudniejsza do zrozumienia, kiedy pretekstu do ich rozmowy… brakuje – bowiem w inscenizacji Teatru Variété zrezygnowano z użycia świeczki. O ile konwencja całego spektaklu do mnie przemawia, o tyle to jest moment, który trudno mi wybronić. Minimalistyczna scenografia jest zrozumiała, często wzmacnia przekaz – jednak to jest jeden z momentów, kiedy przez brak rekwizytu widz się najzwyczajniej w świecie gubi.
Mówiąc jednak o Mimi i Rogerze w sposób ogólny i nie wdający się nadmiernie w niuanse, myślę, że zostali ciekawie zinterpretowani. Roger jest jedną z tych postaci, które zostały bardzo kreatywnie potraktowane przez tłumacza, jednak Traczyk jest w stanie wybronić tę wizję, przedstawiając emocjonalne rozbicie bohatera i jego zamknięcie, połączone ze szczególną wrażliwością. Jedynym elementem, który mi ewentualnie przeszkadza, jest to, że bohater nie wie, czego chce, momentami jest to tak silnie hiperbolizowane, że przestaje być tragiczne, a staje się dezorientujące i prawie irytujące. Z kolei Mimi Malwiny Kusior świetnie oddaje młodzieńczego, niby-buntowniczego ducha. Wart pochwały jest też sposób przedstawienia jej zmagania się z własnymi problemami i zwrócenie uwagi na to, że jej spojrzenie na świat również nie jest zdrowe. W przedstawieniu jej sprzeczek z Rogerem często pojawia się tendencja do poparcia jednej ze stron, zazwyczaj właśnie Mimi, głoszącej, że „jest ten tylko dzień” w opozycji do uciekającego w przeszłość Rogera; zostaje przy tym całkowicie pominięte, że sposób, w jaki Mimi korzysta z życia, jest autodestrukcyjny. Tutaj ich kłótnia przedstawiona jest w sposób dający do zrozumienia, że mylą się obie strony – i uważam to za bardzo dużą zaletę.
Jest ten tylko dzień…
Inscenizacja musicalu „RENT” w Teatrze Variété jest na pewno ciekawym doświadczeniem. Trzeba jej przyznać, że jest oryginalna – choć ta oryginalność ma swoje mocniejsze i słabsze strony. Bądź co bądź, uważam, że krakowski teatr zdołał poradzić sobie z tym materiałem – na pewno jest to przynajmniej bardzo satysfakcjonujące estetycznie doświadczenie. Bez względu na szczegóły i różnice w interpretacjach, najważniejsze przesłanie wybrzmiewa równie wyraziście, co zawsze – i z teatru wychodzi się zapłakanym, nucąc, że „jest ten tylko dzień”. I myślę, że to jest, mimo wszystko, w tym spektaklu najistotniejsze.
Barbara Błoszyk
