BLASKI, OTWARCIA I WYŻSZA MATEMATYKA – HUNTERS PSŻ POZNAŃ VS. ZKS STAL RZESZÓW

fot. Mikołaj Matuszyk

Kiedy już opadł kurz po wysoko przegranym przez PSŻ meczu w Ostrowie (34:56), wiele osób zaczęło stawiać znaki zapytania przy zapowiadanym przed sezonem wejściem poznańskiej drużyny do fazy Play-Off. Do starcia z Rzeszowem „Skorpiony” przystępowały nie tylko z własnym honorem na szali, ale też mając za sobą ledwie trzy serie treningowe na świeżo wyremontowanym stadionie. Rzeszowska drużyna jawiła się bardzo nieprzewidywalnie. Na dzień przed meczem ogłosiła wypożyczenie Francisa Gustsa, zawodnika, który w poprzednim sezonie reprezentował barwy Poznania. Zapowiadało się ciekawe widowisko, bynajmniej nie mając na myśli prezentacji nowego oświetlenia stadionu.

Golęcińskie lasy i położony wśród nich stadion od lat sprawiał włodarzom sporo problemów. Regularnie podmywany drugi łuk, brak stałego oświetlenia, plandeki i pozostałych elementów wyposażenia wymaganego przez Ekstraligę Żużlową zmusił władze do podjęcia ogromnego wysiłku celem modernizacji owalu. Dzięki pomocy sponsorów i miasta remont rozpoczął się w listopadzie 2025 roku, jednak mrozy i niesprzyjające warunki opóźniły kluczową fazę remontów. Golęciński owal nadal był placem budowy. W tych warunkach PSŻ mógł odbyć przedsezonowe sparingi jedynie w roli gości, trenując gościnnie na torze w Rawiczu. W sobotę 25 kwietnia odebrano stadion, a już we wtorek odbył się pierwszy ligowy mecz.

Złe miłego początki

W pierwszym biegu pod taśmą stanął między innymi Niels Kristian Iversen, który w związku z kontuzją w duńskiej lidze nie był obecny na spotkaniach w Bydgoszczy i Ostrowie. W duecie z Dimitrim Berge nie stanowili jednak (jeszcze wtedy) zagrożenia dla rzeszowskiej pary Jensen-Szczepaniak, którzy pewnie dowieźli do mety pięć punktów. Dla kontrastu Poznanianie skutecznie przeszkadzali sobie w nawiązaniu jakiejkolwiek walki. W drugim biegu – jak potem określił to menedżer poznańskiej drużyny Jacek Kanneberg – Kamil Witkowski pozwolił sobie na zbyt ambitne wejście w łuk. powodowało ono groźnie wyglądający upadek. Mimo tego kontakt z dmuchaną banda spowodował jedynie kilka siniaków. Niestety, regulamin rozgrywek jest bezlitosny i zawodnik drużyny z Poznania zanotował pierwsze w tym meczu wykluczenie, a w powtórce osamotniony Antoni Mencel nie znalazł sposobu na Maksyma Borowiaka, dowożąc do mety dwa punkty. W trzeciej odsłonie znów oglądaliśmy upadek. Na szczycie pierwszego wirażu z nawierzchnią zapoznał się Francis Gusts. Sędzia Arkadiusz Kalwasiński, kontynuując tradycję kontrowersyjnych decyzji, wykluczył młodego Łotysza z powtórki biegu (mimo iż powinno zostać zastosowane tak zwane prawo pierwszego łuku). Broniący barw rzeszowskiej stali Oskar Fajfer zdołał zamknąć Kacpra Pludrę i gonitwa zakończyła się wynikiem 4:2 dla gospodarzy. Ostatni bieg pierwszej serii spotkania wygrał z ogromną przewagą kapitan Skorpionów Bartosz Smektała, udowadniając wielu wątpiącym w niego kibicom, że nadal może walczyć o punkty. Jednak na tablicy wyników widniała dwupunktowa przewaga gości przywołująca czarne myśli wśród kibiców, których nie rozjaśniały nawet nowe jupitery górujące nad stadionem. 

Mała zamiana ról

Piąte ściganie było druga szansą dla Iversena, by pokazać, że kontuzja nie złamała duńskiego weterana. Przywieziony przez niego punkt był jednak wynikiem pechowego defektu Andreasa Lyagera 50 metrów przed metą. Doskonale za to zaczął i w równie dobrym stylu zakończył bieg Kacper Pludra, przywożąc do mety czystą „trójkę”. Na tablicy widniał remis, a pod taśmą ustawiły się pary Gusts-Szcepaniak oraz Douglas-Mencel. To druga para wyszła z pojedynku zwycięsko, gdy popularny „Ryanair” odebrał zwycięstwo młodemu Łotyszowi na samej mecie. Skorpiony wyszły na prowadzenie po raz pierwszy w tym meczu, które utrzymał podział punktów między drużynami w biegu siódmym. Po równaniu toru Ryan Douglas ponownie wygrał wyścig, jednak o wiele ważniejszy był punkt 17-letniego Kamila Witkowskiego zdobyty na seniorze gości – Andreasie Lyagerze. Bieg dziewiąty para Berge-Smektała wykorzystała, by zaprezentować poznańskiej publiczności wzorową jazdę parą, dzięki czemu po stronie poznańskiej można było zapisać pierwsze podwójne zwycięstwo. Kiedy pierwsze okrążenie dziesiątego biegu wskazywało, że Kacper Pludra i Niels Kristian Iversen powtórzą ów wyczyn, drugi z owej pary popełnił kuriozalny wręcz błąd, myląc liczbę okrążeń i zamykając gaz po trzecim kółku. Mało brakło do karambolu na torze, a zamieszanie wykorzystał zawodnik „Żurawi” Oskar Fajfer, by wygrać wyścig. Niestety, jadący z nim w parze Maksym Borowiak nie zdążył minąć poznańskiej pary i trzecia seria startów zakończyła się biegowym remisem i ośmioma punktami przewagi gospodarzy, którzy dwie serie temu wyglądali jak inna wersja drużyny. 

Zagranie va banque na czeski remis

PSŻ Poznań zaczął skutecznie kąsać Stal Rzeszów, pokazując, że tor może być zagadką jedynie dla gości i tylko zbiegi okoliczności niwelowały rozmiary widniejącej na horyzoncie porażki. Wobec tej sytuacji menedżer rzeszowskiej drużyny zadysponował podwójną rezerwę taktyczną, asygnując do biegu numer 11 najlepiej dysponowanych zawodników swojej drużyny – Oskara Fajfera i Rasmusa Jensena. Niestety dla gości. Jedynie Polak zdobył punkty w tej gonitwie, jednak nawet to zwycięstwo nie przybliżyło Rzeszowian do uratowania wyniku spotkania. Kolejna „literka” w programie znalazła się w 12. biegu, gdy młodzieżowiec Franciszek Majewski prawdopodobnie omyłkowo puścił sprzęgło i wjechał w taśmę, za co został wykluczony z powtórki. To w niej osamotniony Gusts szybko został zamknięty przez Antoniego Mencela i Nielsa Iversena, który „odbił” sobie utracone biegowe zwycięstwo ze swojego poprzedniego startu. W tym momencie dorobek punktowy „Skorpionów” wynosił 42 punkty, więc jedynym scenariuszem, który zakończyłby się zwycięstwem poznańskiej drużyny byłoby dwukrotne zwycięstwo Rzeszowian w stosunku 5:1 oraz minimum jeden bieg, gdzie wykluczeni byliby obaj zawodnicy gospodarzy. Brzmi nieprawdopodobnie, lecz nie takie scenariusze widział polski żużel. Decydujący bieg 13. jednak szybko przerwano. Ryan Douglas (zgodnie ze swoim zwyczajem) został ukarany ostrzeżeniem za ruszanie się na starcie. W powtórce, w której wystąpili wszyscy zawodnicy, Australiczyk po raz pierwszy nie dowiózł do mety zwycięstwa, ulegając Rasmusowi Jensenowi. Kapitan skorpionów Bartosz Smektała dostał natomiast w „prezencie” punkt od Fajfera, gdy ten wywrócił się na ostatnim łuku czwartego okrążenia. W ten sposób pierwsze zwycięstwo Skorpionów w sezonie stało się faktem, gdyż żaden scenariusz nie mógł doprowadzić już nawet do remisu. 

Defektywny deser i krótki odpoczynek

Po pierwszych dwóch, dość słabo objechanych spotkaniach, przez całość meczu obserwowaliśmy przebudzenie Dmitriego Berge. Ukoronował perfekcyjnym startem w biegu czternastym, nie pozostawiając rywalom szans na odebranie zwycięstwa. Gorzej poradził sobie Kacper Pludra, przed którym skutecznie obronił się Mateusz Szczepaniak, gwarantując podział punktów w przedostatnim wyścigu. Ostatnie ściganie dnia było już formalnością, jednak nie przeszkodziło to poznańskim kibicom wiwatować, gdy najmocniejsza para tworzona przez ulubieńca kibiców – Ryana Douglasa i kapitana drużyny Bartosza Smektałę, już na wejściu w pierwszy łuk prowadziła podwójnie. Ów entuzjazm musiał jednak ustąpić miejsca (niekoniecznie) cicho wypowiadanym przekleństwom, gdy ledwie wiraż później motocykl kapitana odmówił współpracy (winowajcą okazał się wypięty bezpiecznik), co było w zasadzie jedynym wartym uwagi zdarzeniem tego biegu. Tym samym spotkanie zakończyło się wynikiem 51:39 dla Poznaniaków i pozwoliło odbić się od dna tabeli. Drużyna z poznańskiego Golęcina pokazała, że będzie groźna dla rywali na własnym obiekcie, a skreśleni przez niektórych zawodnicy skutecznie pokazali że będą dowozić punkty ze skorpionem na piersi. Rzeszowianie z kolei muszą wziąć pod lupę formę zawodników tak zwanej drugiej linii, w szczególności bardzo zawodzącego Andreasa Lyagera. W pomeczowym wywiadzie Francis Gusts wskazywał, że nie można winić toru za porażkę gości, gdyż w jego odczuciu nie zmienił się zbytnio mimo remontu, natomiast Antoni Mencel chwalił sobie golęciński owal. Mimo krótkiego okresu treningów powiedział, że dobrze się na nim jeździ a gdy nawierzchnia się uleży” będzie tylko lepiej. Tymczasem w sobotę Skorpiony czeka kolejne domowe starcie, tym razem z H. Skrzydlewska Orłem Łódź, drużyną równie nieprzewidywalną (to właśnie w meczu z Orłem w poprzednim sezonie PSŻ stracił szanse na wejście do fazy Play-Off), jednak o zdecydowanie mniejszej sile rażenia. Mecz zaplanowany jest na majówkową sobotę, a na relację z niego już teraz serdecznie zapraszam.

Mikołaj Matuszyk