LECH WYWIÓZŁ TRZY PUNKTY ZE SZCZECINA MIMO NERWOWEJ KOŃCÓWKI

Tym razem niewykorzystane okazje się nie zemściły. Lech Poznań pokonał na wyjeździe 2 : 1 Pogoń Szczecin. Ofensywny gwiazdozbiór Kolejorza dał się Portowcom we znaki, ale ostatnie słowo mogło należeć do podopiecznych trenera Thomasa Thomasberga. Ci w końcowej fazie meczu byli na drodze do wyrównania.
Futbol to taki sport, w którym wycinek potrafi przysłonić całość. Gdyby nie okres od 80. minuty, to mówilibyśmy o fenomenalnym meczu Lecha. Pierwszą godzinę kompletnie zdominował, tworząc mnóstwo świetnych sytuacji bramkowych. Wykorzystał „tylko” dwie z nich, by potem dalej kontrolować rywalizację, ale już bez piłki. Szczecinianie dalej mieli problemy ze sforsowaniem obrony przeciwnika, ale we wspomnianej 80. minucie Paulowi Mukairu udało się zgubić krycie i strzelić gola kontaktowego. Zrobiło się nerwowo.
– Przez ostatnie 10 minut byliśmy mocno zepchnięci do obrony, a wydarzenia zmieniły się. Uważam, że moi zawodnicy pracowali ekstremalnie ciężko na boisku, dlatego gratulacje dla nich za to, że utrzymali wynik. To zasłużona wygrana – powiedział trener Niels Frederiksen, cytowany przez oficjalną stronę Lecha Poznań.
Gospodarze pod gradem ciosów
Przednia formacja Lechitów jeszcze nigdy nie wyszła na boisko od początku spotkania w takim zestawieniu jak w Szczecinie. Koncert dał prestiżowy kwartet w składzie: Luis Palma, Ali Gholizadeh, Patrik Wålemark oraz Mikael Ishak. Defensywa Pogoni momentami nie mogła nadążyć za jego poczynaniami. Dwóch pierwszych wymienionych piłkarzy co chwilę nękało ją zagraniami za linię obrony. Zazwyczaj odbiorcą był kapitan Kolejorza.
Temu jednak przytrafił się gorszy dzień na scenie. Choć niejednokrotnie urywał się obrońcom, to nie potrafił strzelić na bramkę Valentina Cojocaru tak, aby pokonać rumuńskiego bramkarza. Oddał cztery uderzenia w naprawdę dogodnych sytuacjach. Dość powiedzieć, że wykręcił xG na poziomie 0,94. Odpowiadał więc za prawie 1/3 osiągniętej przez całą drużynę wartości, która wynosiła 3,37.
Szwedzki napastnik będzie musiał kupić coś Palmie i Gholizadehowi w ramach przeprosin, bo to ten duet w dużej mierze odpowiadał za jego szanse. Zresztą, nie tylko jego szanse. Razem zaliczyli dziewięć kluczowych podań (cztery Irańczyka i pięć Honduranina), a Palma dołożył do tego trafienie. To na nich spoczywała odpowiedzialność za kreowanie akcji. Taki obrót spraw cieszy szczególnie w przypadku gracza wypożyczonego z Celtiku, bo na pewnym etapie sezonu brakowało mu formy. Od meczu z GKS-em Katowice zaczęło się to zmieniać.
Najgorzej prezentował się Wålemark. Nadal nie doszedł do siebie po kontuzji, która wykluczyła go z gry na całą rundę jesienną. Raz popisał się prostopadłym podaniem do Ishaka, lecz ogólnie miał najmniejszy wpływ na starania kolegów. Po przerwie zmarnował 100% okazję. Żadne z jego pozostałych pięciu uderzeń też nie przełożyło się na zdobycz bramkową.
Gumny zastąpił Skrzypczaka i Milicia, a mógł jeszcze Andrejewa
Gdy Lech opublikował grafikę ze składem, nie trudno było o zaskoczenie. Widniało na niej nazwisko tylko jednego nominalnego środkowego obrońcy. Drugim z przymusu musiał zostać Robert Gumny. Wychowanek poznańskiego klubu znakomicie spisał się ze swojego zadania. Wielokrotnie skutecznie interweniował, wyczuwając do tego odpowiedni moment. Co prawda drużyna straciła gola, ale prawy defensor nie był w to zamieszany.
– Nie ma znaczenia, gdzie gram. Była potrzeba zagrania na stoperze, to zagrałem. Nie jest to moje ulubione miejsce, ale fajnie, że pomogłem drużynie – dzielił się Gumny.
Niewiele zabrakło, a piłkarz z przeszłością w FC Augsburg wypełniłby lukę na jeszcze innej pozycji. Po jednym z wyskoków po piłkę ucierpiał Płamen Andrejew. Bramkarz poczuł ból w okolicy łydki. Pomoc medyczna umożliwiła mu powrót do gry, ale pod koniec rywalizacji Bułgarowi ponownie trzeba było jej udzielić. Ten pewnie zostałby zmieniony przez rezerwowego golkipera, ale Kolejorz wykorzystał limit zmian. W związku z tym Antoni Kozubal zapytał się Gumnego, czy nie stanąłby między słupkami – moment ten uwieczniła kamera i nagranie stało się viralem.
Andrejew, swoją drogą debiutujący w barwach Poznaniaków, dokończył jednak spotkanie. Zaliczył nawet kluczową interwencję. Determinacją, którą pokazał, prawdopodobnie zyskał sobie sympatię kibiców. Ogólnie jego występ można określić jako solidny. Właściwie spisywał się na przedpolu. Przy straconej bramce nie miał większych szans na obronienie strzału.
– W końcówce myślałem, że nie dam rady dokończyć meczu, bo ból był niewiarygodny. Jak usłyszałem, że nie mamy już zmian poprosiłem lekarzy, żeby zrobili wszystko, co w ich mocy. Chciałbym podziękować chłopakom za energię, którą mi dali w tym momencie, to było bardzo ważne – skomentował bramkarz, którego słowa w social mediach podał klub.
Mikołaj Dilc
