ZWYCIĘSTWO 2:1 NIE WYSTARCZYŁO. LECH ODPADŁ Z LIGI KONFERENCJI
Lech Poznań zrobił wszystko, aby odrobić straty z meczu w Poznaniu, ale nie zdołał tego uczynić. Choć w czwartek wygrał z Szachtarem Donieck 2:1, to w dwumeczu przegrał 3:4 i odpadł z rozgrywek Ligi Konferencji na etapie 1/8 finału. Jego występ nie dał jednak żadnego powodu do wstydu.
Jak mieć pecha, to na całego. Kolejorz naprawdę rozegrał dobre zawody. Ba, pokusilibyśmy się o stwierdzenie, że był to jeden z najlepszych meczów w sezonie w jego wykonaniu. Dogrywkę zabrała mu jedna niefortunna odbijanka w polu karnym. Nie może ona zaważyć na opinii, że zespół podszedł do rewanżu z głową, a przede wszystkim w lepszej dyspozycji. Szachtar groźny stał się dopiero w chwili, gdy Poznaniacy musieli się otworzyć, aby ponownie podjąć próbę dogonienia wyniku.
– Byliśmy lepszym zespołem i uważam, że mogliśmy wygrać wyżej niż 2:1. Szachtar zdobył szczęśliwego gola, po dwóch rykoszetach, ale ostatecznie to my mieliśmy zdecydowanie więcej sytuacji. Jesteśmy rozczarowani, że nie awansowaliśmy do kolejnej rundy i nie będziemy kontynuować swojej przygody w Lidze Konferencji. Przyczyną odpadnięcia nie jest dzisiejszy mecz. Zadecydował tutaj pierwszy, kiedy to z kolei Szachtar był lepszy – powiedział trener Niels Frederiksen, cytowany przez oficjalną stronę Lecha.
Nieoczywiste wybory
Gdy Lech podał swoją jedenastkę na czwartkowe spotkanie, można było się zaskoczyć. Do składu wskoczyło kilku nieoczywistych zawodników. João Moutinho dopiero zaczął wracać do łask. Z kolei wydawało się, że z tych łask wypadł Robert Gumny. Ponadto Gisli Thordarson, którego forma jednak rośnie, oraz Taofeek Ismaheel – co prawda lubiący rozgrywki Ligi Konferencji, ale zabierający miejsce niewątpliwie lepszemu Alemu Gholizadehowi.
W tym szaleństwie była metoda. Lechici wyglądali w takim zestawieniu świeżo i energicznie. Środek pola obsadzony, poza Thordarsonem, Antonim Kozubalem oraz Pablo Rodriguezem, świetnie zamykał przestrzenie, nie dając drużynie z Ukrainy zbyt wiele miejsca. Przy bramce Mikaela Ishaka udział wzięli sami zawodnicy, którzy w trwającej rundzie grali mniej. Błyskotliwą asystę po podaniu za linię obrony zaliczył Taofeek Ismaheel.
Po przerwie trener Frederiksen musiał z konieczności zmienić Roberta Gumnego, który zaczął zmagać się z problemami żołądkowymi. W jego miejsce wszedł Joel Pereira. Kolejne zmiany nastąpiły dopiero po straconej bramce samobójczej (zaznaczmy, że nie możemy za nią obwinić Moutinho, bo znalazł się w trudnej sytuacji, niemożliwej do skontrolowania). Do tamtego momentu Poznaniacy dążyli do strzelenia kolejnego gola, nawet udało się im to, ale akcję spalił Rodriguez, natomiast sama rywalizacja wyrównała się. Czy szkoleniowiec mógł lepiej poprowadzić zespół przez drugą połowę?
– Nie zmieniłbym zbyt wiele, a właściwie może nic. Mieliśmy bardzo dobry plan na ten dzisiejszy mecz, taktycznie rozegraliśmy znakomity mecz. Na boisko weszło kilku nowych zawodników, aby dogonić wynik, aby lepiej wypaść w ofensywie. Dziś nie jestem w stanie powiedzieć, że mogliśmy zrobić coś lepiej bądź inaczej. To, co mogliśmy zrobić, to strzelić więcej bramek – stwierdził Duńczyk, którego słowa przytoczono na łamach portalu Sportowy Poznań.
Taktyczne podejście
Pierwsza połowa to świetny przykład odrobienia lekcji z poprzednich porażek. Całkiem prawdopodobnym scenariuszem było to, że Kolejorz podejdzie do rywalizacji agresywnie, chcąc od początku nacisnąć rywala i jak najszybciej odrobić stratę. Tymczasem wybrał on cierpliwsze rozwiązanie. Wiedział, że ma aż 90 minut na strzelenie przynajmniej dwóch bramek, co przy takim potencjale ofensywnym, jakim dysponuje, wydawało się możliwe. Kluczem do stawienia czoła wyzwaniu wydawało się uszczelnienie defensywy.
To się udało. Mimo że Szachtar mógł grać tak, jak ponoć lubi najbardziej, czyli posiadając piłkę, to nic z tego nie wynikało. Nie miał sposobu na ustawionego kompaktowo, nastawionego do agresywnego odbioru od linii środkowej boiska i skoncentrowanego rywala. Zespół z Poznania dokładał do tego konkretność, gdy mógł budować akcje. Te często były wielopodaniowe i opierały się na szybkim przerzucaniu ciężaru gry, aby wykorzystać pozostawioną przestrzeń.
Wszystko pewnie by się udało, gdyby nie pechowy samobój Moutinho. To nie była groźna sytuacja, ale nie zagrało w niej nic. Wojciech Mońka zwyciężył pojedynek główkowy, ale nie zdołał wybić piłki. To spróbował zrobić Bartosz Mrozek, lecz nieszczęśliwie nabił lewego defensora, który próbował ratować sytuację, ale nie miał szans na dogonienie zmierzającej do bramki futbolówki.
Cóż, na pocieszenie pozostaje fakt, że Mikael Ishak po raz kolejny zapisał się w historii Lecha i polskiego futbolu. Dzięki dubletowi kapitan został zawodnikiem, który strzelił najwięcej bramek dla polskich klubów w europejskich pucharach. Tym samym pobił rekord Włodzimierza Lubańskiego. Szwed ma obecnie na koncie 31 trafień, Lubański zaś 30.
– Dociera to do mnie. Wiem, że jestem jedynką tego rankingu i zostałem najskuteczniejszym strzelcem. Dobrze jest stanąć obok takiej legendy, jak Włodzimierz Lubański, ale byłoby na pewno jeszcze lepiej, gdybym stał jako ćwierćfinalista Ligi Konferencji – dzielił się odczuciami Ishak podczas rozmowy z Polsatem Sport.
Mikołaj Dilc
