DĄŻĄC DO NORMALNOŚCI – „NEXT TO NORMAL” W TEATRZE SYRENA [RECENZJA]

Istnieje kilka rodzajów dobrych spektakli. Tym najlepszym – i najgorszym zarazem – jest ten, który wstrząsa na tyle, że uczucia trudno ubrać w słowa oraz którego przeżycie jest tak intensywne, że nijak cokolwiek o nim opowiedzieć, jeśli się tego nie przeżyło. I siadając do pisania o „Next to normal” w Teatrze Syrena, czuję, że próbuję osiągnąć niemożliwe, bo jest to jeden z tych spektakli.
„Next to normal”, musical z libretto autorstwa Briana Yorkey’a i muzyką Toma Kitta, grany jest w warszawskim Teatrze Syrena już od lat. Nieprzerwanie zbiera on same pozytywne opinie, jak i utrzymuje reputację „mocnego spektaklu”, na którym ryczy się jak bóbr i po którym wychodzi się we łzach. Jednak mimo tejże reputacji – a może właśnie dzięki niej – pozostaje spektaklem ukochanym i bez przerwy polecanym. Z tego powodu polską społecznością musicalową wstrząsnęła wiadomość, że w tym sezonie musical zejdzie z afisza, a ostatni set „Next to normal” zostanie zagrany w czerwcu. Zatem jeśli kogoś wcześniej hamował strach przed emocjonalnym wstrząsem, oto ostatnia szansa, aby przełamać się i zobaczyć tenże spektakl. I z taką myślą kupowałam bilet na niego 14 marca, nie chcąc przegapić tego, o czym słyszałam już tyle dobrego, nawet na rzecz zmierzenia się z trudną tematyką.
Prawie normalni
Musical przedstawia historię rodziny Goodman: historię matki mierzącej się z chorobą afektywną dwubiegunową; historię męża, który ze wszystkich sił stara się zapewnić rodzinie byt; historię córki zapracowanej – a wręcz przepracowanej oraz historię syna, który jest „trochę gnojkiem”, ale mimo to wciąż stanowi oczko w głowie mamy. Mimo trudności – związanych zarówno z chorobą Diany, jak i traumą, która nadal nad nimi wisi – starają się być zwykłą rodziną i jakoś trzymać się normalności.
Podczas opowiadania o fabule „Next to normal” jednak dość szybko napotyka się na pewien szkopuł: trudno powiedzieć o niej cokolwiek więcej, niż tych kilka bardzo ogólnikowych zdań, nie niszcząc doświadczenia, które musical ma do zaoferowania. Tajemnica źródła cierpienia bohaterów – choć w teorii jest to tajemnica poliszynela – to przed samym widzem jest ukrywana przez pół pierwszego aktu i wstrząsa dobitnie, kiedy w końcu zostaje ujawniona. Pod tym względem libretto jest napisane niesamowicie, a widza trzyma się cały czas w napięciu. Karty stale się odkrywa, ale aż do samego końca nie wszystkie, i kawałki układanki powoli zaczynają tworzyć spójną całość. Ta gra przemilczeń i domysłów, prowadzona z widzem, trwa przez cały spektakl, a kolejne części historii wprowadza się w sposób naturalny – z linearnym biegiem fabuły przeplatają się retrospekcje, ale spektakl nie pozwala widzowi się w tym zagubić. Cała główna linia fabularna jest pod tym względem zrealizowana mistrzowsko.
Nie wiesz nic…
Najmocniejszą stroną spektaklu są przekazywane przez niego emocje, zarówno ze względu na trudności, z którymi zmagają się sami Goodmanowie, jak i ze względu na główną bohaterkę. W głównej mierze musical skupia się na Dianie – jej przeżyciach, odczuciach i emocjach – pokazując jej zmagania z chorobą. W tę rolę wcieliła się Katarzyna Walczak, a jej przedstawienie bohaterki było głęboko poruszające. Jest to rola bez wątpienia wymagająca, bowiem uczucia bohaterki są bardzo intensywne i popadają ze skrajności w skrajność. Sam musical napisano tak, aby móc przeżywać te wahania nastroju razem z Dianą, a je najłatwiej wytłumaczyć na podstawie… śmiechu.
W musicalu mało jest radości. Siedząc na widowni, odbiorca cały czas odczuwa napięcie pomiędzy członkami rodziny. A jednak – przeprowadzając widza przez rozchwiane emocje bohaterów – spektakl był w stanie też bez problemu skrajnie rozbawić. Jedną ze scen rozegrano tak absurdalnie, że śmiała się cała widownia. Jednocześnie scena ta nie zdawała się odstawać na tyle od poważnej całości, gdy akcja toczyła się dalej swoim zwykłym tokiem, a jedyną śmiejącą się postacią była Diana. Dla widza jasne było, że jest to reakcja nieadekwatna, niezrozumiała, niedorzeczna w stosunku do zaistniałej sytuacji, a niemniej jednak cała widownia pokładała się ze śmiechu razem z nią.
Nie był to jedyny moment, w którym spektakl niesamowicie zarządzał emocjami widza. Tutaj ogromną rolę odegrała przede wszystkim muzyka, która niesamowicie podkreślała wszelkie emocje targające Goodmanami, szczególnie w sytuacjach paniki czy gniewu. W momentach, gdy bohaterowie wybuchali złością, basy dudniły nie tylko w uszach, ale w całym ciele, sprawiając wrażenie, jakby serce odbiorcy pędziło razem z sercem postaci, która na scenie albo wypluwa z siebie słowa w zatrważającym tempie, próbując zachować pozory tego, że wszystko w porządku, albo wyrzuca z siebie słowa przesiąknięte niepowstrzymaną furią.
Superboy i jego siostra-duch
Chociaż główną bohaterką spektaklu jest Diana, to warto również wspomnieć o innych bohaterach – szczególnie o jej córce, Natalie (w tej roli Karolina Gwóźdź), której wątek jest drugim najbardziej wyeksponowanym i rozwiniętym. Przedstawiono sposób, w jaki trudna sytuacja w rodzinie wpływa na najmłodszą z Goodmanów – jak nastolatka próbuje utrzymać kontrolę mimo poczucia, że wszystko się rozpada; jak pragnie otrzymać uwagę od rodziców, gdy wszystkie jej problemy w obliczu innych w ich domu schodzą na dalszy plan. Szesnastolatka z jednej strony przechodzi przez doświadczenia typowe dla każdej dziewczyny w jej wieku, z drugiej stale nosi ciężar rodzinnej traumy i łaknie z całego serca uwagi matki, która faworyzuje jej brata. Ze względu na ogromną presję otoczenia Natalie ostatecznie zaczyna sięgać po narkotyki.
W sprawie samego wątku uzależnienia uważam, że nie jest on w „Next to normal” przedstawiony źle, jednak ostatecznie, cała historia Natalie (w której kwestia ta odgrywała istotną rolę) wydawała mi się… niekompletna. W warstwie fabularnej podkreśla się, że dziewczyna czuje się niewidzialna w domu rozrywanym przez problemy innych członków rodziny i odnoszę wrażenie, że w samym spektaklu Natalie również zniknęła na rzecz wątku głównego. Jej działania i błędy ostatecznie wydają się nie mieć konsekwencji, a sam problem jej uzależnienia zostaje doprowadzony do punktu, który można by uznać za kulminacyjny i… nic. Od drugiego aktu wspomina się o nim głównie w przelotnych uwagach, a samo uzależnienie odbija się jakkolwiek wyłącznie na relacji z jej chłopakiem Henrym, chociaż zdaje się, że na ich związek ma wpływ raczej ogólny chaos w jej życiu. Rodzina nie dowiaduje się o jej problemie narkotykowym, co więcej jej rodzice w żaden sposób nie adresują jej nagłej i drastycznej zmiany zachowania, w szczególności, że nie widać jej w samej interakcji z członkami rodziny. Przyznam, że taki sposób poprowadzenia tego wątku sprawia, że myśląc o historii Natalie, odczuwam pewien brak satysfakcji.
Z drugiej strony może jest to celowy zabieg, podkreślający, jak bardzo Natalie zaniedbywana jest przez rodziców? A czy problem narkotyków naprawdę powinien być rozwiązany? Wątki w życiu nie toczą się jak w sztuce: z prostym zawiązaniem akcji, punktem kulminacyjnym i rozwiązaniem. A tym bardziej na przestrzeni kilku tygodni i tym bardziej, gdy jest to kwestia tak trudna jak uzależnienie. Mam poczucie, że wątek ten został rozmyty aż za bardzo i nawet przy otwartym zakończeniu jakieś konsekwencje działań Natalie powinny się pojawić. Zatem będę się trzymać zdania, że chociaż wątek był bardzo interesujący, to pozostawił po sobie frustrujący niedosyt.
Wszystko będzie okej, wszystko będzie okej…
Nie ulega wątpliwości, że spektakl ten bardzo mocno opiera się na postaciach i ich odczuciach, sprawiając, że stają się one centrum uwagi widza. Nie dziwi więc, że scenografia była dość minimalistyczna. Przód od głębi sceny oddzielały półprzezroczyste, przesuwane ekrany. Zaaranżowanie przestrzeni w taki sposób sprzyjało zarówno przedstawianiu scen retrospekcji, jak i pojawianiu się duchów przeszłości. Jednak scenografia składała się przede wszystkim z metalowej konstrukcji przypominającej rusztowanie, a najbardziej realistycznymi rekwizytami były stół i krzesła. Taki „szkielet domu” nie tylko nie odciąga wzroku widza od samych aktorów, lecz również umożliwia ciekawą interpretację w kontekście fabuły musicalu. Rodzina Goodmanów próbuje tworzyć wspólny dom, a jednak w obliczu wszystkich problemów, z którymi się zmagają, trudno określić to miejsce jako prawdziwy dom, to znaczy, miejsce bezpieczne, ciepłe, przytulne. Życie rodziny i ich relacje są niestabilne jak metalowe rusztowanie oraz niekompletne po tragedii, którą przeżyli. I w tym wszystkim nadal starają się odbudować prawdziwy dom.
Ta niejednoznaczna konstrukcja pozwala również na to, aby członkowie rodziny – niby razem, w jednej przestrzeni, na dość małej scenie – stale się rozmijali, gubili w labiryncie metalowych schodów, byli blisko siebie, ale jednak rozdzieleni. Niby jest to rodzina, która tworzy jeden wspólny organizm, funkcjonujący razem, a z drugiej strony są oni tragicznie osamotnieni.
Złap mnie, gdy spadam
Zważywszy na trudną tematykę i poważną tonację musicalu, nie dziwi więc, że nie jest to spektakl, który ma dużo wymagającej choreografii, chociaż manewrowanie na wspomnianym wcześniej metalowym stelażu bez wątpienia potrafiło być widowiskowe, szczególnie w wykonaniu Marcina Franca (jak zawsze fenomenalny, tu wcielił się w rolę syna). Należy jednak zaznaczyć, że musical ten porusza również wykorzystaniem ruchu. W obliczu wszystkich skomplikowanych dynamik między bohaterami okazuje się istotne to, jak poszczególne postacie wchodzą ze sobą w interakcje, nawet te najdrobniejsze: to, gdzie jest dotyk, kontakt fizyczny oraz to, gdzie go wyraźnie nie ma; ciepłe, czułe objęcia, chwile wzdrygania się przed wspierającą dłonią; próba i niemożność dosięgnięcia drugiej osoby; wcześniej wspomniane mijanie się i błądzenie po scenie jak planety krążące w osobnych galaktykach. Każdy dotyk, każde przytulenie – i każdy jego brak – ma znaczenie. I każdy, najdrobniejszy gest, porusza i dopełnia ten zbudowany na gwałtownych emocjach i drobnych gestach spektakl. I może o to chodzi w teatrze.
Jestem tu, jestem tu…
„Next to normal” to musical, który jest równocześnie druzgocący i niesamowicie satysfakcjonujący. Wszystkie elementy ze sobą współgrają: choreografia, scenografia, fabuła, przecudowna muzyka i poruszające wykonania aktorów. Przez całość trwania spektaklu widza trzyma się w napięciu, niepokoju, który przenika do kości również każdego z członków złamanej rodziny. To spektakl o chorobie, o żałobie… o widmach przeszłości, które nie chcą odejść.
Z teatru po „Next to normal” też nie chce się odejść. A raczej wychodzi się na drżących nogach i ze łzami w oczach, ale na pewno nie żałując niczego. Wobec tego, że niedługo Teatr Syrena będzie żegnał się z tym spektaklem, bardzo gorąco polecam warszawskie „Next to normal” i zachęcam do wykorzystania ostatniej okazji, aby ten musical zobaczyć. Ostatecznie to jeden z tych wspaniałych spektakli, których słowami nie da się opisać. To jest coś, co trzeba przeżyć.
Barbara Błoszyk
