NIC NIE MOŻE WIECZNIE TRWAĆ. LECH ODPADŁ Z PUCHARU POLSKI

Fot. Mikołaj Dilc

Półfinał Pucharu Polski nie dla niego. W środowy wieczór Lech Poznań przegrał u siebie 0:1 z Górnikiem Zabrze. Drużyna z Wielkopolski kompletnie zaskoczyła – negatywnie. Była cieniem samej siebie. Zabrzanie zagrali pragmatycznie i wykorzystali słabość rywala.

Sześć poprzednich meczów przyniosło w Poznaniu radość. Siódmy okazał się rozczarowaniem. Po spektakularnej niedzielnej potyczce z Rakowem Częstochowa, Kolejorz wyszedł odmieniony – na gorsze. Jak to się stało, że na przestrzeni kilku dni jego piłkarze zaprezentowali się na dwa tak różne sposoby. Efektem jest awans Górnika do półfinału. Trzeba powiedzieć to głośno – zasłużony.

– Górnik wygrał to spotkanie i uważam, że na to zasłużyli. Strzelili jedną bramkę więcej, my nie kreowaliśmy sytuacji i nie graliśmy na swoim wysokim poziomie i dlatego przegraliśmy mecz. Już za tydzień gramy kolejny i mam nadzieję, że podniesiemy się po tej porażce – mówił rozczarowany Antoni Kozubal, cytowany przez oficjalną stronę Lecha Poznań.

Jak na początku sezonu

Przez większość spotkania obraz był niezmienny. Zabrzanie murowali własną bramkę, głównie broniąc się na własnej połowie. Szukali szans po kontratakach. Ten pragmatyczny styl zatrzymał ich rywali, którzy nie mogli znaleźć sposobu na stworzenie sobie odrobiny miejsca w polu karnym (poza świetną szansą Mikaela Ishaka). Wrzutki rzadko przynosiły konkretne zagrożenie. 

Przypomnieć mógł się start trwających rozgrywek, kiedy Lechici prezentowali się podobnie jak w środę. Grali wolno, przewidywalnie i bez szczególnego zawzięcia. Momentami sporo było ozdobników w postaci ładnych zagrań, które jednak nie powodowały realnego niebezpieczeństwa pośród defensorów zespołu gości.

– Trzeba przyznać, że pierwsza część spotkania nie była dla nas za dobra, byliśmy zbyt niedbali z piłką, zbyt często traciliśmy ją na całym boisku – przyznał trener Niels Frederiksen na łamach strony Lecha.

Gospodarze wyszli na to spotkanie z założeniem, że samo się ono wygra. Że nie trzeba będzie się przemęczać. W porównaniu do poprzednich gier znacznie obniżyli tempo – również w fazach bez piłki przy nodze. Zemściło się to pod koniec pierwszej połowy, gdy właściwie wykonaną dwójkową akcję przeprowadzili Lukáš Sadílek oraz Yvan Ikia Dimi. Czech znalazł w polu karnym skrzydłowego, który wziął na plecy Mateusza Skrzypczaka, co skutkowało powstaniem luki w obronie. Sadílek wbiegł w nią, po czym dostał podanie zwrotne i huknął tuż pod poprzeczkę bramki Bartosza Mrozka.

Odrzucony podarunek

Po przerwie niewiele się zmieniło oprócz tego, że Górnik wycofał się trochę bardziej. Przez pierwszy kwadrans, może 20 minut, Poznaniacy tylko klepali piłkę po obwodzie. Nie było widać, żeby poczuli jakiś impuls czy przypływ dodatkowej energii spowodowanej sportową złością. Bezradność unosiła się nad doświadczoną przez mrozy murawą Enea Stadionu. Nieszczególnie pomogły też zmiany. Ani Patrik Wålemark, ani Taofeek Ismaheel, ani tym bardziej Gisli Thordarson nie wprowadzili świeżości w poczynania zespołu.

Jak trwoga to po rzuty karne – mogą w tym sezonie mówić poznańscy zawodnicy. Było już parę przypadków (choćby w niedzielę z Rakowem), gdy podyktowana dla nich jedenastka umożliwiała im powrót do meczu. Tak mogło stać się w 78. minucie, gdy Joel Pereira wykonywał karnego po faulu na nim samym. Istnieje stara piłkarska prawda, brzmiąca tak, że piłkarz, który został sfaulowany w polu karnym, nie powinien strzelać z jedenastego metra. Portugalczyk chyba o niej zapomniał, bo uderzył zbyt przewidywalnie dla Marcela Łubika.

Kolejorz więc nie wyrównał, ale grał w przewadze, bo Maksym Chłań (ten, który sprokurował rzut karny) wyleciał z boiska za drugą żółtą kartkę. Z jednym graczem więcej przycisnął mocniej, lecz nadal nie potrafił odnaleźć drogi do bramki wyrównującej. Zabrzanie bronili się zażarcie i nie dawali Poznaniakom zbyt wiele miejsca. Ostatecznie napór wytrzymali.

– W trakcie spotkania nie tworzyliśmy sobie sytuacji, zmieniło się to tak naprawdę dopiero pod koniec, kiedy Górnik grał już w osłabieniu. Cofnęli się, dobrze bronili i grali na czas, taką przyjęli strategię na mecz i wygrali to spotkanie – powiedział Kozubal.

Mikołaj Dilc