ALICJA ZAJĄC, TRENERKA LECHA POZNAŃ UAM: „KOBIETY SĄ BARDZIEJ AMBITNE” [WYWIAD]

lechpoznan.pl/Fot. Przemysław Szyszka

Lech Poznań UAM nieźle radzi sobie w trwających rozgrywkach Ekstraligi kobiet. Beniaminek zdobył 11 punktów, co pozwoliło mu zimować na bezpiecznym 9. miejscu w ligowej tabeli. U jego steru nieprzerwanie od pięciu lat, od kiedy powstał, znajduje się trenerka Alicja Zając. W rozmowie z nami opowiedziała między innymi o przygotowaniach zespołu do rundy wiosennej, a także związanych z nią oczekiwaniach. Ponadto przedstawiła swoją myśl trenerską. Mieliśmy również okazję zejść na temat stanu kobiecego futbolu w Polsce (rozmowa odbyła się 3 lutego – przyp. red.). 

Mikołaj Dilc: Już w sobotę czeka was próba generalna w postaci sparingu z AP Orlen Gdańsk, z którym rywalizujecie w Ekstralidze. Będziesz oczekiwać od swoich podopiecznych ekstraligowej formy? Jak w ogóle oceniasz dotychczasowe przygotowania do sezonu?

Alicja Zając: Miałyśmy wiele rzeczy do poprawy po minionej rundzie. Chcemy tracić mniej bramek i więcej ich strzelać, a także w ogóle wygrywać więcej meczów. Zgadzam się, że nadchodzący sparing będzie próbą generalną przed ligą oraz Pucharem Polski (Rywalem w pucharze był KKP Warszawa. 14 lutego Lechitki pokonały go 5:0 i wywalczyły historyczny awans do ćwierćfinału – przyp. red.). Trzeba mierzyć się z tymi lepszymi, bo AP Gdańsk jest drużyną od nas bardziej doświadczoną. Mimo że w pierwszej rundzie wygrałyśmy z nim 2:1, na co dziewczyny zasłużyły ogromną pracą na boisku, to wciąż jesteśmy beniaminkiem i to nasz pierwszy sezon w Ekstralidze Kobiet. Cieszymy się, że możemy zmierzyć się z takim zespołem (Lech UAM wygrał to spotkanie 1:0 – przyp. red.).

M.D.: Jesienią dałyście się poznać z odważnego, zadziornego stylu gry, chęci narzucania rywalkom własnych warunków oraz dążenia do wykorzystywania każdej okazji. Wiosną się to nie zmieni?

A.Z.: Filozofią całego klubu jest grać odważnie, ofensywnie – my też chcemy się w nią wpisywać. Jesteśmy młodym zespołem, bo średnia naszego wieku na start sezonu wynosiła 19 lat. Musimy zaszczepiać w dziewczynach tą odwagę, bo mamy dużo reprezentantek Polski (młodzieżowych – przyp. red.), których należy uczyć takiej gry. Cieszę się, że mówi się o wykorzystywaniu przez nas okazji, bo skoro pojawiają się tego rodzaju opinie, to tak faktycznie jest. Nadal chcemy to kontynuować – również z tymi najlepszymi, bardziej doświadczonymi zespołami.

M.D.: Przerwa między rundami była długa, bo właściwie skończyłyście granie już w listopadzie. Jakie były konkretne etapy waszych przygotowań do wznowienia sezonu?

A.Z.: Grudzień, a dokładnie czas do świąt Bożego Narodzenia, był miesiącem wolnym dla dziewczyn. Mogły one gdzieś pojechać z najbliższymi albo spędzić czas w domach rodzinnych, bo w zespole są piłkarki pochodzące z różnych części Polski, na przykład okolic Krakowa, Płocka czy Szczecina. To dla nich okazja, by zjechać do domu i pobyć z bliskimi, gdyż nie zawsze mają na to możliwość.

Dosłownie 25 grudnia odbyły już pierwszy trening biegowy, więc święta miały w rodzinnym gronie, ale już intensywne. Właściwie jednak do treningów wróciłyśmy 7 stycznia. Pierwsze trzy dni przeznaczyliśmy na testy, badania i inne podobne kwestie, aby sprawdzić, jak dziewczyny przepracowały ten okres na rozpiskach, a także żeby zobaczyć, w jakiej są kondycji. Potem, od poniedziałku następnego tygodnia, ciężko pracowałyśmy – przede wszystkim nad motoryką, a także nad aspektami fizycznymi oraz piłkarskimi, które musiałyśmy poprawić. W tym momencie jesteśmy też po obozie odbytym na obiektach Akademii Lecha Poznań we Wronkach, gdzie miałyśmy zapewnione świetne warunki. Jestem więc zadowolona z naszej dotychczasowej pracy.

M.D.: We Wronkach wasz obóz też był tak intensywny jak zgrupowania organizowane przez trenera męskiego zespołu Lecha, Nielsa Frederiksena?

A.Z.: Intensywne były wcześniejsze tygodnie. Podczas obozu musiałyśmy już troszeczkę odpuszczać, żeby nie przesadzić i nie spowodować, że pojawią się jakieś urazy. Wolę, żeby wszystkie dziewczyny były zdrowe i zastanawiać się, kto ma grać w danym meczu, niż żeby martwić się, że kogoś może zabraknąć, więc dozowaliśmy obciążenia. Myślę, że wyszło bardzo dobrze. Wszystkie moje podopieczne są do dyspozycji przed sobotnim sparingiem, a to najważniejsze.

M.D.: Prowadzisz Lecha UAM od samego początku jego powstania. To już twój piąty sezon na ławce trenerskiej. Czy z kolejnymi awansami było coraz trudniej? Czy obecna chwila jest najtrudniejszą w twojej kadencji?

A.Z.: Wydaje mi się, że trudnym momentem był awans z III do II Ligi. Tam rywalizowałyśmy z drużyną z Oborzysk (LZS Stare Oborzyska – przyp. red.), która była naszą sąsiadką w tabeli. Zdobywanie punktów w niższych ligach zawsze jest wyzwaniem. 

Potem niełatwy był nasz awans z I Ligi do Ekstraligi, bo musiałyśmy poczekać jeden sezon, w którym nie udało się nam awansować. W kolejnym już się udało. Myślę jednak, że to było nam potrzebne. Każde przejście do wyższej ligi jest wyzwaniem pod względem adaptacji dla tak młodego zespołu jak nasz. Pojawia się dużo cwaniactwa boiskowego, czego my nie mamy. Zawsze gramy uczciwie. Choć dziewczyny są szarpane i powinny dawno leżeć na boisku, to one jeszcze biegną. To świadczy o ich ambicji, chęci rywalizowania na takim wysokim poziomie.

Przed startem w Ekstralidze rozmyślałam o niej. Czy okaże się dla nas czymś odległym i będziemy na ostatnim lub przedostatnim miejscu. Jednak mamy teraz 11 punktów, udało się nam wygrać trzy mecze, dwa zremisować. Ekstraliga okazała się nie być taka straszna. Cieszę się, że sprostałyśmy zadaniu i uważam, że wielu zaskoczyłyśmy tą pierwszą rundą.

M.D.: W przegranych meczach traciłyście sporo bramek, ale w niektórych z nich nie zasługiwałyście na tak wysokie porażki – jak na przykład z Czarnymi Sosnowiec czy Górnikiem Łęczna.

A.Z.: Nasz zespół starał się grać w piłkę i funkcjonować w tych zasadach, które są dla nas istotne. Natomiast te dwa zespoły, z kadrowiczkami Polski w składach, są doświadczone. 

Z drużyną z Sosnowca może poniosłyśmy wysoką porażkę, bo skończyło się 1:7, ale do przerwy było tylko 1:2 po bardzo dobrej pierwszej połowie w naszym wykonaniu. Potem się wszystko posypało i straciłyśmy cztery bramki po stałych fragmentach – to musimy poprawić. 

Z kolei Górnik Łęczna to wicemistrz Polski. Jego zespół cofnął się mocno do obrony i to my prowadziłyśmy grę. Byłyśmy tym zaskoczone. Myślałam, że rywalki na nas ruszą i będą chciały szybko strzelić jedną, drugą, trzecią bramkę, a następnie się bawić. Nie wiem, czy podeszły do nas z respektem, czy trener drużyny przeciwnej wyznaczył im taki cel taktyczny. 

M.D.: Są jakieś rozmowy na temat możliwości rozegrania przy Bułgarskiej jednego ekstraligowego meczu?

A.Z.: Myślę, że tak, w tej rundzie uda się nam tam zagrać spotkanie. To będzie dla dziewczyn duże wyróżnienie i ogromne przeżycie, bo kilka z nich nie miało okazji jeszcze zagrać na stadionie. Nawet mimo tego, że pojawi się garstka kibiców w jednym sektorze.

M.D.: Może nawet więcej niż garstka?

A.Z.: Zobaczymy, może padnie jakiś rekord. Przekonamy się, jaka będzie na to koncepcja i czas pokaże.

M.D.: W tak młodym zespole musisz czasem wchodzić w rolę swego rodzaju matki?

A.Z.: Po części muszę wejść w każdą rolę. Trzeba być dla dziewczyn i trenerką, i przyjaciółką, i psychologiem. Czasem o wielu rzeczach mówiły mi, a nie swoim rodzicom. Z niektórymi przeżyłam naprawdę wiele – jak z Mają Kuleczką i Julką Przybył, które są ze mną od 10 lat i z którymi piszemy wspólnie niesamowitą historię.

Wiadomo że jak jest trening, to jest trening, bo musimy pracować i się rozwijać, ale rzeczy pomiędzy – szczególnie podczas obozu, kiedy przebywamy ze sobą 24 godziny na dobę – są dla mnie czymś ważnym, bo budowanie relacji to ważna rzecz. Tym bardziej w dzisiejszych czasach, w których siedzimy w telefonach, przez co rzadko to robimy. Dlatego wszelkie rozmowy, na różne tematy, to dla mnie istotny element, bo one scalają zespół ze sztabem, a także poprawiają między nimi więzi.

M.D.: Wiem, że w waszej szatni, jeszcze gdy grałyście w I Lidze, wisiała lista kar za spóźnienie na trening czy podobne przewinienia. Raczej były one zabawne, szczególnie w pamięci zapadło mi napisanie wiersza. Jakie masz jeszcze sposoby na scalanie zespołu?

A.Z.: À propos tych kar – to one zawsze sobie je wymyślają. Ja nie chcę w to wnikać, bo to one mają się ich trzymać i wiedzieć, że same sobie je wymyśliły. Muszą być potem konsekwentne w stosunku do tego.

Co do scalania zespołu – myślę, że pojawia się to już na treningach. Jakieś gry, zabawy, w których jest wywołująca uśmiech forma integracji. Poza tym wyjścia, na przykład na kręgle. Raz byłyśmy na gokartach. Uważam też, że przede wszystkim dziewczyny muszą dbać o takie rzeczy między sobą.

Dla mnie kluczowa jest rozmowa. My ze sobą naprawdę dużo rozmawiamy. Dziewczyny wypełniają również ankiety, formularze, dzięki czemu dają nam feedback – co możemy poprawić w każdym obszarze. Po prostu przebywanie ze sobą i dawanie uwagi sprawia, że relacje się pogłębiają. Aspekty integracyjne uwzględniam na obozach lub kiedy jedziemy na mecz, po którym nocujemy w danym miejscu. Wtedy mamy na to przestrzeń, bo w tygodniu, w godzinach do pory obiadowej, dziewczyny uczą się, studiują czy wypełniają swoje obowiązki i trudno nam się złapać

M.D.: Czym różni się szatnia męska od damskiej?

A.Z.: Kobiety są bardziej emocjonalne i wrażliwe. Na pewne rzeczy czy komunikaty reagują z większymi emocjami, nawet jeśli nie ma się złej intencji. Pracuję z 24 kobietami z różnymi charakterami – czasem nie jest łatwo się porozumieć i dogadać. Ogarnianie tego rodzaju chaosu to duże wyzwanie. Mężczyźni lub chłopcy zazwyczaj w prosty sposób przekazują pewne informacje. Nawet jeśli się obrażą, to wychodzą na boisko i są jedną drużyną. U dziewczyn zdarza się, że trzeba gasić pożary. 

Czytałam też pewne badania, niestety nie pamiętam nazwiska autora, według których kobiety są bardziej ambitne – przepraszam panowie, ale tak jest (śmiech). To na pewno widać po tym, że jak się w coś angażują, to naprawdę na 100 %. Nie mówię tylko o piłce nożnej, ale też o innych sportach. Mam znajomych uprawiających różne dyscypliny sportowe – oni również tak to postrzegają.

M.D.: Jeden ze sparingów twoja drużyna grała z drużyną chłopców Polonii Poznań. W jakim wieku byli wasi rywale? Z rywalizacji damsko-męskiej można wyciągnąć jakiś pożytek?

A.Z.: Nasi przeciwnicy mieli 15–16 lat, więc graliśmy z młodszym zespołem. To przez fizyczność – oni i tak byli wyżsi od moich zawodniczek. Lubimy rywalizować z chłopakami, dlatego że trzeba szybciej pobiegać, więcej się poprzepychać, czyli generalnie wejść na wyższy poziom motoryczny. Potem widzimy na GPS-ach, że to działa.

Wiele zawodniczek pojawiających się w Lechu czy w kategoriach młodszych często pochodzi ze środowiska chłopięcej piłki nożnej. To ma swoje plusy, bo chłopcy biegają szybciej, są silniejsi – trzeba szybciej podejmować decyzje na boisku. Uważam, że to duży plus w kontekście rozwoju indywidualnego dziewczyn.

M.D.: Teraz chciałbym porozmawiać o tobie. Każdy ma swoje ideały, które stara się realizować. Jaki jest twój ideał trenerski? Jaką jesteś trenerką? 

A.Z.: Dla mnie najistotniejsze jest patrzenie na moje dziewczyny w pierwszej kolejności jak na ludzi, a potem na piłkarki. Każdy z nas ma mnóstwo problemów, mnóstwo perypetii prywatnych, rodzinnych czy naukowych. Najpierw jestem człowiekiem – gdyby zaprosić teraz moje zawodniczki, myślę, że też by tak powiedziały. To dla mnie istotne, bo jest spójne i autentyczne. Jeśli proszą mnie o wolny piątek, bo chcą pojechać do domu, w którym dawno nie były, to zgodzę się, mimo że mamy trening i rywalizujemy na poziomie Ekstraligi. Takie coś jest ważne i czasem zrobi dla nas więcej pożytku, niż gdybym zatrzymywała dziewczyny na siłę. 

Z kolei w kontekście piłki nożnej zwracam uwagę na dobre przygotowanie. Zawsze chcę być przygotowana do treningu, do meczu lub mieć plan A, B, C, D, bo wiele może się wydarzyć – czerwona kartka albo kontuzja. Jestem też wymagającą trenerką. Jak już wchodzimy na boisko, przekraczamy tę magiczną linię boczną, to trenujemy. Trening jest świętością, bo wiemy, że musimy włożyć do pracy bardzo dużo. Natomiast niech nikt nie myśli, że ja zachowuję tylko kamienną twarz. Gdy jest na to moment, to też sobie pożartuję. Naprawdę dużo się uśmiecham. 

Poza tym, ważne dla mnie jest jeszcze budowanie relacji. Badaniami w Stanach Zjednoczonych udowodniono, że wspomniane budowanie relacji i merytoryka są najistotniejsze w kobiecym sporcie.

M.D.: Co robisz, żeby się nie zatrzymać i wciąż rozwijać? Tym bardziej że futbol coraz bardziej się zmienia, między innymi pod względem wykorzystania statystyk i danych.

A.Z.: Cyferki są istotne. Mamy dużo narzędzi, z których możemy korzystać. To dla nas nowość w tym sezonie, więc można to nazwać jakąś formą nauki. Ja staram się obejrzeć codziennie fragment meczu. 30 minut czy jedną połowę różnych spotkań – kobiecych lub męskich. Jest dużo różnych lig, toteż można szukać w nich inspiracji.

Mam okazję też być na mentoringu UEFA. To wyjście ze strefy komfortu. Jest tam 10 trenerek objętych opieką doświadczonych mentorek – doświadczonych trenerek. Pracuję ze Szwedką, Anną Signeul. Mogę z nią dyskutować o wszystkim. Co jakiś czas spotykamy się w Szwajcarii i jeździmy na staże. Anna odwiedziła też nas. Ten networking jest super rzeczą, bo otwiera horyzonty. Funkcjonujemy w języku angielskim, co również ma dla mnie znaczenie. W klubie nie gra żadna zagraniczna zawodniczka. Kiedyś pojawiały się dziewczyny czy partnerki piłkarzy, ale nie utrzymały się w naszym zespole długo. Nie mamy więc okazji rozmawiać po angielsku. Mentoring rozwinął mnie w używaniu tego języka w wersji bardziej specjalistycznej.

Ponadto pomaga jeszcze to, że ja mogę ciągle rozmawiać o piłce z innymi ludźmi. Futbol jest moją pasja. Nie mam poczucia, że się nim męczę. Mam też wokół fantastycznych ludzi – mam na myśli mój sztab, zawodniczki oraz inne osoby będące w Lechu. Otoczenie sprawia, że chcę cały czas się rozwijać. Jeszcze nie sięgnęliśmy sufitu. Inaczej nie wiem, czy byłabym nadal w klubie.

M.D.: Jak trafiłaś do programu mentoringowego UEFA?

A.Z.: Ówczesny koordynator sekcji kobiecej, Tomek Mendry, napisał do mnie, że jest taka opcja, żeby aplikować do tego mentoringu. Najpierw musiałam złożyć aplikację pisemną, a potem dostałam informację o rozmowie online, po angielsku, z przedstawicielami UEFA. Dowiedziałam się że jest 25 chętnych na 10 miejsc. Po rozmowie stwierdziłam, że nie mam szans – tam są trenerki kadry, a ja jestem z, jeszcze wtedy, pierwszoligowego Lecha Poznań. Jednak nagle dostałam wiadomość, że udało mi się. To był dobry kopniak w kontekście rozwoju. Napisałam dobrą aplikację, odbyłam dobrą rozmowę i czekały mnie duże wyzwania. Miałam również przygody, bo na mój pierwszy udział zapomniałam wziąć paszport i musiałam wrócić do domu, żeby go poszukać. To było dla mnie niesamowite, że organizatorzy załatwili drugi lot, dzięki czemu mogłam tam dotrzeć. 

Samo spotkanie z trenerkami, był wtedy grudzień, też było dla mnie niesamowitym doświadczeniem. Nasza reprezentacja Polski niedawno awansowała na Mistrzostwa Europy kobiet (pierwszy raz w historii kadry – przyp. red.), a jej selekcjonerka – Nina Patalon – należała do grupy mentorek. Widziałam, jak ją tam szanowano, ceniono za ten sukces. Miała pełno wywiadów. Nie poczułam, żeby w Polsce ją tak doceniono. Zderzyłam się z ludźmi z wielkiej piłki, między innymi z byłym trenerem Arsenalu, Arsenem Wengerem, czy trenerką Sariną Wiegman – dwukrotną mistrzynią Europy z Anglią. Uderzające było dla mnie, że ci ludzie są dla mnie na wyciągnięcie ręki, a nie oglądam ich tylko w telewizji – tym bardziej że byłam wśród nich. 

Zostały mi trzy miesiące w programie, bo mentoring kończy się w maju. Nie wiem, kiedy to zleciało. Uda mi się jeszcze pojechać z Anną na staż do Brøndby, żeby maksymalnie wykorzystać ten projekt i wydusić go jak cytrynę. Mam nadzieję, że nawiązane kontakty zostaną ze mną. Nikt nie wie, gdzie kiedyś wyląduję albo czy z kimś w przyszłości będę współpracować, więc warto o to dbać. 

M.D.: Myśląc o twojej przygodzie z Lechem UAM, przyszło mi do głowy porównanie twojej drogi do tej, jaką z Rakowem Częstochowa przeszedł Marek Papszun. Wydaje mi się, że jesteś z jedną z najwybitniejszych trenerek swojego pokolenia. Też tak siebie postrzegasz?

A.Z.: Chyba nie. Zaskoczyłeś mnie tym. Trudno jest przyjmować komplementy. Każdy człowiek ma problem z reagowaniem na dobre słowa. Ja jestem świadoma swojej wartości oraz tego, ile pracy wkładam w realizowanie się w mojej pasji – nawet po prostu będąc dla dziewczyn, gdy coś się w ich życiu dzieje i odbierając od nich telefon po 22. Natomiast myślę, że sufitu nie dotknęłam. Byłam taka jeszcze, gdy przez 10 lat grałam w piłkę jako zawodniczka i jestem taka nadal. Te cechy staram się przekładać na bycie trenerką, żeby z tej szatni, w której kiedyś funkcjonowałam, wyciągać i dawać rzeczy moim podopiecznym.

Myślę o sobie bardziej w kontekście coraz większej liczby kobiet pojawiających się w polskim futbolu. Cieszy mnie to, że ich grupa jest coraz liczniejsza między innymi w roli trenerek. To jest ważne. A gdzie zaprowadzi mnie ścieżka, po której obecnie podążam – nie wiem. Może spotkamy się za 10 lat i będziemy o tym mówić.

M.D.: Określiłaś się kiedyś jako Zosia Samosia. Trudno ci jest czasem przyjąć pomoc? Musisz sobie przypominać, że na owoce pracy składa się również wkład całego sztabu trenerskiego?

A.Z.: Uczyłam się tego, gdy rywalizowałyśmy na poziomie III i IV Ligi. Wtedy była nas trójka, a także pojawiała się jeszcze fizjoterapeutka. W I Lidze mieliśmy już siedem, z kolei teraz osiem osób w sztabie. Trzeba kształcić się w zarządzaniu ludźmi oraz dzieleniu obowiązków, bo jako Lech Poznań chcemy działać bardzo profesjonalnie i wchodzić na wyższy poziom. Już w I Lidze funkcjonowaliśmy jak zespoły ekstraligowe, gdyż sami od siebie dużo wymagamy. Mówię to o mnie, moim asystencie, trenerze bramkarzy, fizjoterapeutce i innych osobach.

Musiałam się tego uczyć. Nie było to łatwe. Potrzebowałam mieć poczucie kontroli – że coś na pewno zostanie zrobione i nie będzie trzeba się o to martwić. Teraz mam takich ludzi, którym w pełni ufam. Jak zdarza się, że przebywam na mentoringu, to nie czuję stresu, że coś się źle zadzieje. 

M.D.: W kobiecym futbolu na stanowisku trenera często spotykamy mężczyzn. Przykładowo w Ekstralidze ta dysproporcja jest duża. Z kolei w męskiej piłce nożnej kobiety można policzyć na palcach jednej ręki. Skąd się bierze ta różnica?

A.Z.: Dla mnie męska piłka nożna to już biznes. Tam są ogromne pieniądze. Trudno, żeby pojawiła się w niej kobieta na jakimś stanowisku – już nie mówię o roli pierwszej trenerki. Chociaż są takie przypadki. Młodzieżowe reprezentacje Włoch prowadziła kobieta, kapitanka reprezentacji Włoch (Patrizia Panico – przyp. red.). W jednym z niemieckich klubów prezeską jest kobieta (Tatjana Haenni w RB Lipsk – przyp. red.). W Polsce też mamy prezeski. Gdzieś te postaci kobiece się pojawiają. Może potrzeba jeszcze czasu. Nie wiem czy dożyję tego, że będzie więcej kobiet w męskim futbolu w funkcji trenerek. 

Z kolei w polskim kobiecym futbolu kobiet nie jest zbyt wiele. Miałam okazję prowadzić wykład dla uczestników kursu UEFA B dla przyszłych trenerów i podawałam im taką statystykę z 2024 roku, według której liczba trenerek w Polsce wynosiła 800 – jednak więcej z nich pracuje w kategoriach U-9, U-11 czy U-13 niż na najwyższym poziomie. W Ekstralidze są trzy kobiety, w I Lidze była jedna, lecz już jej nie ma. Może to wynikać z małej odwagi lub braku poczucia pewności siebie.

M.D.: Jeszcze około 10 lat temu można było narzekać na małą liczbę programów szkoleniowych dla kobiet. Przykładowo twój trener z czasów gry w Polonii Poznań, Łukasz Nowak, zwrócił wtedy uwagę, że na kursach dla sędziów nie zauważył żadnej kobiety. Obecnie się to zmieniło? Pojawia się więcej programów, dzięki którym kobiety mogą się szkolić?

A.Z.: Zmieniło się. Obecnie obowiązują oficjalne przepisy, zgodnie z którymi na kursach trenerskich zawsze dwa miejsca są zarezerwowane dla kobiet. Oczywiście trzeba na nie aplikować i zdać egzamin wstępny, ale na kursie UEFA A – tym już wysokim, przed poziomem UEFA Pro – przewidziane są takie dwa miejsca. Funkcjonuje także specjalna edycja kursu UEFA B dedykowana wyłącznie kobietom – udział mogą w niej wziąć 24 trenerki. W tym roku powstał również kurs dla dyrektorek sportowych, również przeznaczony tylko dla kobiet.

Jeśli chodzi o rolę sędziowską, to również coraz więcej kobiet i dziewczyn się w niej pojawia. W Ekstralidze mecze sędziują już wyłącznie kobiety. Być może nie jest to szeroko dostrzegane medialnie i nie mówi się o tym głośno, ale te perspektywy istnieją, a liczba kobiet rośnie. Ten proces przebiega jednak krok po kroku – jako Polska mamy swoje tempo zmian. Zachód, zwłaszcza Anglia, pod tym względem znacznie nam odjechał, jeśli chodzi o wydarzenia, akcje i inicjatywy, lecz my także staramy się coś robić. Jako Polacy jesteśmy malkontentami, ale warto cieszyć się z małych rzeczy.

M.D.: Rola mediów w popularyzacji jest wielka. Dawniej, chociaż sądzę, że nadal tak to wygląda, pojawiało się mniej treści o kobiecym futbolu. Publikowano także treści uwłaczające – przypominam sobie pewien ranking, też już sprzed lat i w kontekście innego sportu, dotyczący najładniejszych koszykarek. Mimo to, coś w tych dzisiejszych mediach zmieniło się na lepsze?

A.Z.: Myślę, że tak. Awans na Euro, występy młodzieżowych reprezentacji na mistrzostwach Europy – zarówno do lat 17, jak i 19 – ponadto udział futsalistek w mistrzostwach świata – sukcesy prowokują media do mówienia o kwestiach sportowych. Także postać Ewy Pajor, naszej ambasadorki grającej w FC Barcelonie i kapitan reprezentacji Polski, o której dobrze mówi się zarówno w Hiszpanii, jak i u nas, na to wpływa.

Oczywiście, jak wszędzie, funkcjonują media plotkarskie, które żyją zupełnie innymi sprawami. Tak było, jest i będzie – i dotyczy to zarówno sportu męskiego, jak i kobiecego. Wiele zależy od tego, co dana osoba filtruje i co jest dla niej istotne: czy aspekty sportowe, czy raczej życie danej piłkarki. Jedne tematy klikają się bardziej, inne mniej, ale mam poczucie, że przekaz poszedł bardziej w stronę sportu i merytoryki. Dostrzegam to po 15 latach – od momentu, gdy zaczynałam grać w piłkę.

M.D.: Czy piłka kobieca rozwinęła się na przestrzeni ostatnich 10 lat na tyle, na ile mogła? Czy jednak tempo było zbyt wolne?

A.Z.: Dyscyplina na pewno się rozwinęła, choć pewne obszary można było przyspieszyć – chociażby w kontekście kursów, aby nadążać za tym, co proponuje UEFA, czy w kwestii finansowania, bo to właśnie pieniądze są kluczowe. Jako przykład podam Manchester United z 2024 roku. Przychód sekcji kobiecej wyniósł 10 milionów, podczas gdy męskiej – 770 milionów, czyli 70 razy więcej. To skala, której prawdopodobnie nigdy nie będziemy w stanie dogonić. Jednak większe nakłady finansowe realnie pomagają w rozwoju, a w Polsce wciąż potrzebne są inwestycje w infrastrukturę.

Pozytywnym sygnałem jest obecność meczów w TVP Sport, aktywność klubów w mediach społecznościowych, wyższe premie za mistrzostwo Polski czy Puchar Polski oraz coraz większe kontrakty dla piłkarek. Dzięki temu zawodniczki mogą faktycznie utrzymywać się z gry, bo o to w tym naprawdę chodzi. Kiedyś, to był chyba 2017, sama musiałam płacić za wizytę u fizjoterapeuty, bo klub nie miał na to środków. Teraz opiekuje się nami RehaSport i nie ma problemów z dostępem do operacji. To bardzo istotne zmiany, które dają poczucie bezpieczeństwa – a ono jest niezwykle ważne.

M.D.: Rola pieniędzy niewątpliwie jest kluczowa w kontekście rozwoju. Z tego, co wiem, nie wszystkie piłkarki Lecha UAM mają podpisane profesjonalne kontrakty, prawda?

A.Z.: Nie, teraz wszystkie mają je podpisane.

M.D.: Czyli to się zmieniło. Natomiast na poziomie I Ligi wyglądało to inaczej. Zawodniczki grały na kontraktach amatorskich?

A.Z.: Nie wszystkie miały z tego pieniądze – można powiedzieć, że było to około połowy drużyny, choć musiałabym usiąść i sobie to policzyć na spokojnie. Obecnie każda z piłkarek ma kontrakt. Wiadomo, są one zróżnicowane pod względem wysokości, ale każda zawodniczka otrzymuje wynagrodzenie za poświęcenie swojej pasji, treningi, wyjazdy na mecze, grę oraz wszystkie inne obowiązki.

To duży krok ze strony Lecha Poznań. Klub nie należy do tych, które płacą najwięcej, ale jako beniaminek – z jednej strony będący dużą marką – rozwija się krok po kroku i systematycznie dokłada wsparcie w różnych aspektach. Widzę to, będąc w nim od początku zmagań w III Lidze. Wiele z tych działań nie jest widocznych na pierwszy rzut oka i się o nich nie mówi, a mają one istotne znaczenie dla naszego funkcjonowania. Przykładem jest wsparcie młodych zawodniczek w wieku 16–18 lat, którym opłaca się między innymi lekcje z języka angielskiego. O czymś takim nikt nie pomyśli. Nie wiem, czy dana dziewczyna zainwestowałaby pieniądze z kontraktu na naukę języka – pewnie nie. Klub chce więc pomóc w takich sprawach. Gdybyśmy zliczyli kwotę kontraktu po finansowaniu takich rzeczy, to byłaby ona wyższa.

M.D.: W I Lidze piłkarki mogły liczyć na jakieś dodatkowe bonusy?

A.Z.: Nie miały takich rzeczy – ewentualnie bonusy za awans, czyli bardziej takie jednorazowe dodatki niż stała pensja. Wiem, że dziewczyny wiele kosztowało funkcjonowanie na amatorskim poziomie – pod względem pensji, bo generalnie chcieliśmy działać profesjonalnie. 

M.D.: Jedną z inicjatyw dla piłkarek były warsztaty na temat budowania wizerunku w mediach społecznościowych. Więcej zdarzało się takich rzeczy, w których mogły brać udział?

A.Z.: Dużo. Mamy Body Chiefa jako sponsora, więc zapraszał on dziewczyny na jego eventy. Były też warsztaty z sędzią Katarzyną Lisiecką-Sęk. Ponadto otrzymały dużo sprzętu, na przykład dresów – nie wiem, gdzie to wszystko mieszczą w szafie.

Teraz wszystkie mają pieniądze, z czego się cieszę, bo zostały docenione. Mogę też już od nich wszystkich wymagać zaangażowania.

M.D.: Zawodniczki muszą jeszcze łączyć grę w piłkę z pracą?

A.Z.: W Lechu jeszcze tak. Właściwie mamy jedną pracującą dziewczynę, ale pozostałe piłkarki to studentki lub licealistki. Niektóre są jeszcze przed maturą. Sporo z nich jest stąd i otrzymują pieniądze, mieszkając z rodzicami, co jest ekstra dla takiej młodej dziewczyny i warto, żeby te pieniądze sobie gdzieś inwestowały lub odkładały. Wierzę, że Lech kiedyś będzie miejscem, w którym nie będą musiały łączyć piłki nożnej z pracą. Do wszystkiego dojdziemy krok po kroku.

M.D.: Zawsze mówiłaś, że polska piłka kobieca potrzebuje dużego wydarzenia, aby wcisnąć pedał gazu na drodze do rozwoju. Takie wydarzenie się pojawiło – awans na Euro. Nie minęło od tego wiele czasu, ale zauważyłaś może już przynajmniej jakieś zaczątki zwyżkowego trendu na popularność futbolu kobiecego w Polsce?

A.Z.: Na pewno czymś takim jest większa liczba dziewczynek garnących się do piłki nożnej już na etapie szkoły podstawowej, a nawet przedszkola. Cieszy to, że widać po nich zainteresowanie piłką kobiecą i jej postaciami – chcą być jak Ewa Pajor, a nie Robert Lewandowski, albo jak Maja Kuleczka. Ponadto znaczenie mają również inicjatywy PZPN-u, które wprowadzają coś nowego albo kontynuują coś na większą skalę.

Jednak najbliższe półrocze pokaże nam, jak bardzo ten awans wpłynął na rozwój. Zaczynają się eliminacje do mistrzostw świata – reprezentacji trafiła się trudna grupa. Istotne będzie to, czy pobijemy frekwencję z Gdańska, w którym na meczu pojawiło się ponad 11 tysięcy osób. Fajnie gdyby ta liczba rosła – pokazałoby to, że pojawia się moda na piłkę kobiet i awans na Euro zadziałał.

M.D.: Polska ubiegała się o możliwość zorganizowania mistrzostw Europy w 2029 roku. Wydawało mi się, że to byłby kolejny naturalny etap w rozwoju dla naszego kraju. Jednak polska kandydatura otrzymała zero głosów. Pomimo tego, że rywalizowaliśmy z mocniejszymi państwami, to nie zostaliśmy tym sprowadzeni na ziemię?

A.Z.: Z jednej strony to przykre, z drugiej – nie byliśmy w pełni gotowi, aby przygotować i przeprowadzić kobiece Euro w naszym kraju. Trzeba też pamiętać, że w ostatnim czasie organizowaliśmy mistrzostwa Europy do lat 19, we wrześniu odbędą się mistrzostwa świata U-20, a w 2027 roku finał Ligi Mistrzyń zostanie rozegrany na Stadionie Narodowym. Tych dużych wydarzeń dostajemy sporo, dlatego warto podejść do tego z pokorą i dobrze wywiązać się z tego, co zostało nam już powierzone.

Organizację Euro przyznano Niemcom. Trudno porównywać się z niemieckim futbolem, tamtejszą federacją, liczbą stadionów i skalą mody na piłkę nożną. Prawdopodobnie tym, co zaważyło o wyborze ich oferty, były raporty, według których chcą, aby federacja europejska po raz pierwszy zarobiła na kobiecych mistrzostwach. Pozwoli na to wyższa liczba kibiców przed telewizorami oraz na stadionach. Nie wiem, czy w Polsce na takim meczu jak Francja – Walia pojawiłaby się podobna liczba fanów. Niektórzy pewnie by przyjechali, ale nie wyobrażam sobie, żeby w Polsce odebrano ten turniej tak, jak w Szwajcarii, gdzie byłam w lipcu minionego roku podczas mistrzostw i doświadczyłam niesamowitej atmosfery. Nie wiem, czy u nas bylibyśmy gotowi na zadbanie o odpowiedni klimat i liczbę kibiców.

M.D.: Skąd nasz kraj powinien czerpać wzory, aby coraz lepiej rozwijać kobiecy futbol?

To zależy od aspektu. W wymiarze marketingowo-medialnym wzorem jest Anglia – to, co robi wokół kobiecej piłki, nie tylko reprezentacyjnej. Z kolei w kontekście szkolenia młodzieży za wzór wskazałabym Niemcy, choć uważam, że my również szkolimy dobrze, skoro młodzieżowe reprezentacje regularnie występują na mistrzostwach Europy. Ogólnie ujęłabym, że powinniśmy pewne rzeczy łapać z Zachodu – czy to  z Francji, Anglii, czy Holandii. Byłam na stażu w Mediolanie, potem również w Rotterdamie i stamtąd starałam się czerpać sporo wiedzy dla naszego klubu. Nie poszłam na staż do żadnego polskiego klubu kobiecego, bo przykłady powinniśmy brać ze wspomnianego Zachodu.

Sądzę, że w Polsce staramy się i gonimy. Zauważam to po akcjach PZPN-u czy WZPN-u, naszego regionalnego związku. Wszystko idzie w dobrym kierunku, tylko to rozwija się we własnym tempie. Nie można wymagać, że nagle 30 tysięcy kibiców pojawi się na meczu reprezentacji Polski czy 5 tysięcy na spotkaniu kobiecego Lecha na Bułgarskiej.

M.D.: Przejdźmy do trochę lżejszych tematów. Ciągła praca w Lechu UAM zapewne wiąże się z dużym zmęczeniem. Jakie są twoje sposoby na reset? 

A.Z.: Ważne są dla mnie spotkania z bliskimi – z rodziną, przyjaciółmi. Lubię też planszówki, które są fajnym sposobem na odpoczynek. Staram się wykorzystywać każdy wolny moment, weekend, żeby wyjechać z Poznania. To wcale nie musi być wyjazd za granicę – czasem wystarczy pojechać kilka kilometrów za miasto, żeby odpocząć od otoczenia. Dużo czytam, szczególnie książki z obszaru psychologii. Chcę się w tym rozwijać, bo kompetencje miękkie są dziś kluczowe – nie tylko w pracy trenera czy nauczyciela WF-u, ale w ogóle w każdej dziedzinie. Pokolenia młodzieży się zmieniają, trzeba umieć do nich dotrzeć – znać ich slang, tych wszystkich Youtuberów.

Natomiast lubię swoją pracę. Wcale nie potrzebuję długiej przerwy. Dziewczyny śmieją się, że wystarczą mi trzy dni i już mogę trenować, już jestem zresetowana, mam pełno energii i milion pomysłów. A jak jeszcze wracam zainspirowana po jakimś stażu czy wyjeździe, to od razu wszystko bym wdrażała. Podopieczne żartują też, że gdzieś mi wymieniają baterie, tylko nie wiedzą gdzie. Chyba mój tata zostawił mi to w spadku.

M.D.: Jakie książki czytasz?

A.Z.: Ostatnio czytam dużo psychologii, lubię też kryminały. Raz dwa pochłonęłam „Chyłkę” Mroza. Ponadto sięgam po różne biografie – sportowców, ale nie tych uprawiających piłkę nożną, a także polityków, na przykład Baracka Obamy. Staram się czytać książki z innych obszarów, ukazujące inne spojrzenie.

M.D.: Jaką książkę przeczytałaś ostatnio?

A.Z.: Biografię Lewandowskiego – bardzo długa. A poza tym „Otoczeni przez idiotów” (autorstwa Thomasa Eriksona – przyp. red.). Jest ciekawa. Traktowała o tym, że każdy z nas ma inny temperament i o tym, jak go określić u siebie. Nawet sama zrobiłam dziewczynom test, żeby wiedzieć, jakie są – że tyle mam choleryczek, tyle flegmatyczek, do tej, jak krzyknę, to będzie okej, do innej lepiej, żebym się nie odzywała. Książka była pomocna i inspirująca w kontekście zespołu. 

M.D.: A masz jakiegoś ulubionego twórcę?

A.Z.: Chyba nie. Fakt, że „Chyłka” to łącznie 19 książek, więc można by powiedzieć, że Mróz, ale to po prostu tak długa seria. Chciałam ją przeczytać od początku do końca. Generalnie nie mam kogoś ulubionego.

M.D.: W jednym z wywiadów przed rundą jesienną mówiłaś, że chcesz się udać do Londynu na mecz Angielek z Brazylijkami? Plan się powiódł?

A.Z.: Nie, ale byłam na Wembley, na meczu Anglia – Stany Zjednoczone. Słuchaj, na spotkaniu piłki kobiecej 85 tysięcy ludzi na trybunach. Nie wierzyłam w to. Normalnie prosiłam, żeby ktoś mnie uszczypnął, bo nawet na Lechu tylu nie widziałam – choć jego stadion jest mniejszy o połowę, bo pomieści 42 tysiące osób. Zrobiło to na mnie niesamowite wrażenie. Ci ludzie, którzy się cieszyli, cała atmosfera, zabawa światłami. Chłonęłam to jak gąbka. Byłam też na meczu ligi angielskiej. Tam jest już inne podejście do kobiecej piłki. Chciałabym żeby u nas też to tak kiedyś wyglądało – ale to już chyba będę o kulach chodzić, gdy się na taki mecz wybiorę. Nie wiem, czy doczekamy takiego momentu, choć głęboko w to wierzę. Jestem raczej z tych osób, które są optymistycznie nastawione do tych zmian.

M.D.: Gdy podróżujesz, to starasz się szukać rzeczy związanych z futbolem, również takich, które pomogłyby tobie w samorozwoju czy raczej stawiasz na wypoczynek od piłki?

A.Z.: O ile nie jest to staż czy wyjazd tego rodzaju, to nie ma tam piłki nożnej. Wakacje to czas relaksu z bliskimi w różnych miejscach. Bardzo lubię wyjeżdżać do egzotycznych krajów. Lubię przyrodę – to dla mnie ważne odpoczywać wśród zieleni, powspinać się czy popływać. Byłam w Tajlandii, byłam w Kanadzie, w Ameryce Południowej, na Kubie… Jak planuję wyjazdy to zazwyczaj poza Europę. Oczywiście zwiedziłam też trochę naszego kontynentu, ale to podróżowanie ma inną specyfikę, więc szukam dalszych miejsc.

M.D.: Masz miejsce, do którego lubisz wracać?

A.Z.: Raczej nie. Jestem ciekawa kolejnych państw, krajów i ich krajobrazów. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie Szwajcaria. Chociaż było to podczas Euro, to udało mi się pomiędzy meczami zrobić trzy dni resetu. To przepiękny kraj. Te jeziora, góry – po prostu bajkowy obraz. Poza tym ta egzotyka. W najbliższym czasie uda się polecieć na wschód i tam coś pozwiedzać. Odhaczę kolejne miejsce. Może kiedyś uda się odhaczyć wszystko. Nie wiem – tyle krajów mamy…

M.D.: Jakie miejsce chcesz teraz zwiedzić?

A.Z.: Myślę o Nowej Zelandii, ale to bardzo długa podróż, choć kraj jest piękny i ciekawy. Była piłkarka Wojtka Weissa, z futsalowego UAM-u, tam mieszka, więc mam jakiś punkt zaczepienia. Inna opcja to Filipiny lub inne wyspiarskie kraje. Może Sri Lanka, bo też jest piękna. Wyobrażam sobie podróżowanie pociągiem przez jej herbaciane pola. Czytam dużo blogów, które pokazują mi podróżowanie w zupełnie inny sposób. 

M.D.: Gdy myślę o jakimś przymiotniku ciebie określającym, to do głowy przyszło mi słowo ,,determinacja”. To pokazuje twoja przygoda z Lechem UAM, a także… przebiegnięcie jednym ciągiem 100 kilometrów. To też ciekawy epizod.

A.Z.: Tak sobie wymyśliłam, że pobiegnę 100 kilometrów z Gdańska na Hel na moje 30. urodziny. Byłam w tym czasie aktywna sportowo, ale nie przygotowywałam się do tego. Poza tym nigdy nie biegałam dłuższych dystansów. Miałam przyjaciół, którzy jechali ze mną na rowerach. Towarzyszyli mi z przekąskami i napojami. Biegłam 12 godzin i to zrobiłam. Lubię takie sportowe wyzwania sobie rzucać. Cały czas jestem aktywna, mimo że nie gram jako zawodniczka. Może jestem szalona, ale to w pozytywnym sensie.

M.D.: Skąd w tobie tyle determinacji? Musisz ją w sobie podsycać czy może wypływa ona z ciebie?

A.Z.: Nie mam pojęcia, chyba się taka urodziłam. Powiedziałabym, że to po moim tacie, ale po nim mam bardziej upartość w dążeniu do celu. Jak sobie coś postanowię i ustalę jakiś cel, to chcę go osiągnąć. Nie chodzę do niego po trupach – jestem w tym zdroworozsądkowa. 

Na wiele rzeczy mamy wpływ i drogę do tego celu możemy sobie wyszykować. Oczywiście raz mamy pod górkę, innym razem jest z górki, ale tak to bywa w życiu. Myślę, że każdy z nas może się realizować. Staram się stawiać kolejny krok i potem jeszcze kolejny. To daje rozpęd do ustalania następnych dążeń.

M.D.: Gdzie widzisz siebie trenersko za 5 lat? Jakie są twoje cele?

A.Z.: Na pewno marzy mi się mistrzostwo Polski z dziewczynami w Poznaniu – żeby je świętowano z nami przy Bułgarskiej, a nie jak zawsze z chłopakami. Ponadto Liga Mistrzyń i usłyszenie jej hymnu na stadionie, co byłoby czymś super.

Pewne rzeczy można też mierzyć historiami zawodniczek. Mam zawodniczkę, która gra w drużynie młodzieżowej. Zaczęłam ją trenować, gdy miała cztery lata. W tym roku kończy już 16 lat i ona nadal jest blisko mnie. Mówiłam do niej – „jak ty, Klara, zagrasz w mojej drużynie, tej ekstraligowej, to ja będę mogła już kłaść się do grobu”. To jest fajne, że wciąż gra w piłkę, że jest na tak wysokim poziomie, że widzę moją zawodniczkę strzelającą bramkę dla polskiej reprezentacji. Lecą mi wtedy łzy. Sukces drużynowy sprawia, że ma się poczucie zadowolenia oraz satysfakcji z wykonanej roboty, ale indywidualne historie również dużo dają, napędzają i sprawiają, że dobrze się pracuje.

M.D.: Myślę, że mogłabyś dążyć do tego, żeby poprowadzić twoją zawodniczkę w finale Ligi Mistrzyń.

A.Z.: O matko, to by było przepiękne. Wtedy zaczynam pisać biografię.

M.D.: Co z twoim kontraktem z Lechem UAM? Zatrzymałem się na tym, że wygasa on po tych rozgrywkach.

A.Z.: Był automatycznie przedłużony, więc zostaję na kolejny sezon. Mam nadzieję, że tak będzie.

M.D.: Jakie są twoje przewidywania na nadchodzącą rundę wiosenną?

A.Z.: Chciałabym zebrać 11 punktów, podobnie jak w pierwszej rundzie. Pewnie trzy pierwsze mecze będą dla nas kluczowe, bo gramy z zespołami sąsiadującymi z nami w tabeli. Dobrze by było od nich uciekać, żeby utrzymać się w Ekstralidze, bo jest ona dla nas czymś nowym. Na przyszły sezon będziemy mądrzejsze o ten. Zawodniczki będą miały 26 meczów w nogach, bo jeszcze rywalizujemy w Pucharze Polski. To jest dla nich ogromna wartość dodana, dla sztabu także. 

Wierzę w spokojne utrzymanie i dawanie radości kibicom. Mam też nadzieję, że będziemy tracić mniej bramek, a strzelać ich więcej. 

Mikołaj Dilc