WSPOMNIENIE MINIONEJ RUNDY. LECHIA TRZYKROTNIE SKARCIŁA LECHA

Fot. Mikołaj Dilc

Rozczarowanie na inaugurację wiosny. W sobotę Lech Poznań przegrał 1:3 z Lechią Gdańsk w domowym meczu 19. kolejki Ekstraklasy. Kolejorz zawiódł, dając wypunktować swoje błędy w defensywie. Bardziej przypominał siebie z najgorszych momentów rundy jesiennej.

Choć warunki, w jakich miał zostać rozegrany mecz Lecha i Lechii były precedensowe ze względu na siarczysty mróz, to poznańską widownię rozgrzewać mógł powrót ich drużyny do gry. Zgromadzona całkiem tłumnie, bo frekwencja wynosiła niemal 18 tysięcy osób, dostała jednak po głowie kubłem z lodowatą wodą. Kolejorz zawiódł po całej linii i przypominał najgorszego siebie z początku sezonu.

– Trudno powiedzieć coś pozytywnego po tym meczu. Zagraliśmy zdecydowanie poniżej swoich oczekiwań. W naszej grze brakowało podstawowych elementów futbolu – gdy tak się dzieje, nie da się wygrać. Wszyscy czujemy rozczarowanie – skomentował porażkę trener Niels Frederiksen.

Dostali gonga już na początku 

Warunki pogodowe podziałały gorzej na Lechitów. W pierwszych minutach po rozpoczęciu gry prezentowali się skostniale, jakby zimno przeszyło ich do szpiku kości. Korzystali z tego przyjezdni, którzy co chwilę tworzyli zagrożenie swoją prawą stroną. Camilo Mena wrzucał na karuzelę mającego z nim sporo problemów Michała Gurgula. Jedna z takich akcji zakończyła się otwarciem wyniku. W drugiej minucie Kolumbijczyk zszedł ze skrzydła do środka i podał do Tomasza Neugebauera. Pomocnik miał dużo miejsca, więc uderzył precyzyjnie po ziemi w sam dolny róg bramki strzeżonej przez Bartosza Mrozka. 

Lech chciał natychmiast wziąć się za odrabianie strat, ale był zbyt wolny, niezdecydowany i niedokładny. Wiele piłek posyłanych do wyżej ustawionych zawodników nie trafiało do adresatów. Szwankowało też zgranie formacji ofensywnej, nie potrafiła ona bowiem zawiązać ataku albo utrzymać się pod polem karnym rywala przez niecelność zagrań. Prym w tym wiódł irytujący Pablo Rodriguez.

Tylko Leo Bengtsson, a z czasem i Ali Gholizadeh próbowali wprowadzać do gry Poznaniaków trochę nieprzewidywalności oraz animuszu. Szwedzki zawodnik często wchodził w pojedynki. Mimo że statystyki są w jego wypadku mrożące krew w żyłach, bo nie wygrał żadnego z nich, to w 26. minucie miał kluczowy udział przy bramce wyrównującej. Podobnie jak Mena ściął do środka boiska i dograł do… Gholizadeha, który przytomnie wbiegł w pole karne Gdańszczan. Pierwszy strzał Irańczyka został zablokowany przez obrońców, ale po dobitce piłka zatrzepotała w siatce.

Gospodarze poprawili się w ostatnich dziesięciu minutach pierwszej połowy. Wtedy w końcu udało się trochę zdominować centralną część boiska i, przede wszystkim, tworzyć realne zagrożenie w polu karnym gości. Dawało to nadzieję na objęcie prowadzenia po przerwie.

Dwa gole… znów na początku

Po przerwie jednak Lechici znów zostali przyciśnięci przez Lechię. Już po dwóch minutach od wznowienia meczu zespół z Gdańska ponownie wygrywał. Ponownie swój udział zaliczył Mena, który tym razem posłał dośrodkowanie ze skrzydła. Przeciął je Antonio Milić – defensor Kolejorza – strzelając gola samobójczego. 

Natomiast po 55. minucie Poznaniacy musieli gonić dwubramkową stratę. Błąd popełnił drugi z obrońców, Mateusz Skrzypczak. Były piłkarz Jagiellonii podał do Aleksandara Ćirkovicia, czyli… skrzydłowego rywali. Ten rozpoczął kontratak, podprowadził piłkę i uruchomił Tomáša Bobčka. Napastnik podwyższył wynik do 3:1 po strzale z bardzo ostrego kąta.

– Lechia zaczęła obie połowy od bardzo agresywnego, wysokiego pressingu. Nie byliśmy w stanie wyjść spod niego i w ten sposób traciliśmy piłki. Oczywiście zawsze po takim meczu możemy rozważać, czy powinniśmy byli grać długimi podaniami zamiast budować akcje od tyłu. Może tak trzeba było zrobić, ale Lechia wydawała się mieć jasny i klarowny plan na grę od samego początku obu połów. Sprawdził się i gratulacje dla nich, ale to wciąż nie zmienia faktu, że mamy w sobie na tyle dużo jakości, że nie powinniśmy się stresować, gdy rywal podchodzi do nas wysoko. Nie staramy się być zespołem, który tylko wybija piłki przed siebie ze względu na to, że rywale wychodzą do nas wyżej – odniósł się do problemów trener Frederiksen, cytowany przez portal Sportowy Poznań.

Ciężkie działa nie pomogły

Kolejorz się męczył, więc na boisko wprowadzono trzech zmienników. Oprócz Roberta Gumnego, zameldowali się Luis Palma oraz Patrik Wålemark. Ta dwójka miała podnieść poziom gry w ataku. I to zrobiła, bo od razu po ich wejściu coś zaczęło się dziać pod bramką Lechistów. Ci jednak zażarcie bronili swojego pola karnego. Wiele prób zdołali zablokować. Czyhali też na możliwość skontrowania drużyny z Wielkopolski, co kilka razy im wyszło. Przypominały się sceny z poprzedniej rundy, gdy Lech z rywalami broniącymi się nisko często bił głową w mur i był wrażliwy na fazy przejściowe z ataku do obrony. Zgodnie ze scenariuszem z takich meczów tym razem też nie zdołał nic ugrać.

– W tym meczu nie chodziło aż tak bardzo o problemy taktyczne. Graliśmy mniej więcej tak jak w każdym meczu. W poprzednim sezonie wygraliśmy mistrzostwo, grając w taki sposób. Mecze się przegrywa w momencie, gdy nie znajduje się odpowiedniej jakości z piłką oraz gra się zbyt powolnie tak jak my dzisiaj. Dla mnie najgorszym wnioskiem po dzisiejszym spotkaniu jest fakt, iż przegrywaliśmy każdy pojedynek i nie podejmowaliśmy ich wystarczająco dużo w obronie. Kiedy rywale mieli piłkę, po prostu nas mijali i uderzali na bramkę. Wydawaliśmy się zaskoczeni tym, że Lechia chciała nas zaatakować, a przecież taka jest ich praca i im się to udało – zauważył szkoleniowiec Lechitów, którego słowa przytoczono na łamach Sportowego Poznania.

Na domiar złego w 85. minucie z powodu problemów zdrowotnych zejść do szatni musiał Gholizadeh. Irańczyk wyraźnie utykał. Natomiast Frederiksen zapewnił, że skrzydłowemu nie doskwiera nic poważnego, ale więcej będzie wiadomo po badaniach.

Jedynym pozytywem jest powrót Wålemarka. Szwed pokazał, że gdy już zacznie grać w większym wymiarze czasowym będzie korzystnie wpływać na ofensywę zespołu. 

Mikołaj Dilc