TEŻ SWÓJ JĘZYK MAJĄ – MEMICZNE SOCJOLEKTY

Fot. Freepik

Trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem, iż memy, jako zjawisko i jako twory, są nieodłącznym elementem naszego życia. Wystarczy wejść do internetu i chwilę poprzeglądać social media, by natrafić na co najmniej kilka z nich. Ośmielę się stwierdzić, że sesja w mediach społecznościowych bez trafienia na mema jest praktycznie niemożliwa. Jako że zdaniem niektórych memy są sztuką, a w sztuce istnieją nurty, naturalnym jest, iż będą się one tworzyły, wraz z pewną otoczką. Dziś zapraszam na studium trzech przypadków, gdy memy i ich twórcy wpłynęli na stworzenie nowego socjolektu. 

Dla mniej orientujących się w językoznawczej terminologii szybko nakreślę ideę socjolektu. Otóż jest to język charakterystyczny dla danej grupy społecznej, którą spaja coś innego niż wykonywany zawód. I właśnie tym były hanuszki, moim zdaniem wyżyny polskich memów i esencja polskości, czyli memy z nosaczami i nieco bardziej międzynarodowy nurt – Spurdo, zaimportowany do nas z Finlandii. 

Demotywatory, Wulkan i Zator

Hanuszki, czyli elitarny rodzaj humoru, panujący w internecie wśród twórców obrazkowego humoru całkiem długo, który powstał jeszcze przed eksplozją portalu Facebook. Miejscem ich narodzin miał być założony w 2008 roku portal Demotywatory.pl, gdzie dziś określany „Van Goghiem Demotywatorów” użytkownik posługujący się pseudonimem „Hanusz”, zaczął tworzyć obrazki przeczące idei portalu, bawiące się obowiązującą formą, niejednokrotnie wulgarne. Ta forma, często prowokacyjna i wzbudzająca niemałe dyskusje wśród odbiorców, szybko została podchwycona przez innych użytkowników portalu. Straciła nieco swój dotychczasowy wulgarny wymiar i stała się medium zabawy słowem oraz gier językowych, gdzie sam obrazek był ważną częścią żartu. W takiej „dojrzałej” formie memy te dotarły do użytkowników Facebooka, święcącego wtedy największe tryumfy wśród polskiego trollnetu. Trafiły na podatny grunt, zbierając wielotysięczną społeczność tworzącą te memy. To dzięki nim można nadal spotkać się z zapisem nazwiska znanego muzyka i polityka Pawła Kukiza jako „Cookies”. Mimo braku charakterystycznych fraz czy słów, język hanuszek jest specyficzny, oparty na wysokiej klasy grach słownych, niejednokrotnie zderzonych z mocno wulgarnymi apostrofami. Niestety wysoka trudność w tworzeniu dobrych hanuszek sprawiła, że około 2018 roku ustąpiła miejsca w internecie tak zwanym Szkieletorom, prostszym, odnoszącym się do spraw codzienności. 

Ale hanuszki nadal są w pamięci wielu weteranów i do tego grona należy Pani Admion profilu na Instagramie „Esencja Internetó 3.0”. Poproszona o kilka słów w tym temacie napisała tak:

– A dziś chciałam wam przypomnieć, a niektórym dopiero opowiedzieć, o pewnej pięknej odnodze polskiego trollingu, która rozkwitła na Demotywatorach w latach 2009–2012. Najbardziej intensywne było to chyba około 2010 roku, kiedy sam serwis był jeszcze tak świeży, że miał zaledwie kilkaset stron i dało się przejrzeć cały dostępny kontent w kilka dni, o ile tylko nie odchodziło się zbyt często od kompa. To był internet bez algorytmów i mechanizmów polecania treści. A jednak (i to w tym wszystkim było najpiękniejsze), człowiek potrafił rozpoznać „swoich” po poczuciu humoru. Po absurdzie, po lekkości, po tym mikroskopijnym błysku ironii, który mówił: „gdzieś tam, po drugiej stronie ekranu, siedzi ktoś, kto mnie rozumie”. I to dawało takie dziwne, ciepłe uczucie w serduszku. Właśnie wtedy narodziły się prowokacje, znane jako „prowo”. Polegały na wrzucaniu absurdalnie głupich, pozbawionych sensu demotów, pisanych specjalnie z błędami ortograficznymi, jak klasyczne „óczucie”, „jusz” albo słynne „napewno” i „na prawdę”. Nie chodziło o treść, chodziło o efekt. Prawdziwe prowo zaczynało się dopiero wtedy, kiedy pod demotem pojawiała się gównoburza w komentarzach. A autor, z niezmąconą pewnością siebie, kończył podpis słowami w stylu: „Minusujcie, i tak mam racje.” Kiedy kilka lat później chciałam wrócić do tamtego klimatu, wpisywałam w wyszukiwarkę Demotywatorów celowo źle napisane słowa, właśnie po to, żeby wyłowić te perełki polskiego absurdu, które idealnie oddawały ducha tamtego internetu. Ach, aż się wzruszyłam. Pozdrawiam cieplutko wszystkich, którzy w tamtych czasach też wtedy siedzieli z czipsami przed komputerkiem śmiejąc się z niedźwiedzia barabasza.

Polak przeklęty w małpę zamknięty

Mamy 2017 rok, media w Polsce żyją wizytą pary książęcej Wielkiej Brytanii, natomiast serca internautów zdobywa niepozorony gatunek małpy – nosacz sundajski. Memiarze wpadli na pomysł łączenia zdjęć owych małp z podpisami kojarzonymi z wypowiedziami tak zwanego Pokolenia Boomerów, głównie rodziców najaktywniejszej wówczas części internetu. Był to niesamowicie płodny nurt, obfitujący w rozwijanie stereotypów o przeciętnych przedstawicielach polskiego społeczeństwa. Miały humorystyczny wydźwięk, wyolbrzymiając nieco nasze zwyczaje i zachowania. Bohaterami zawsze byli: ojciec rodziny – Janusz, syn – Pjoter, córka – Dżessika i ich matka – Grażyna. Niekiedy Pjotera zastępował Seba, bądź Brajan, jeśli mówiliśmy o młodszym dziecku. Żywe w tych memach sterotypy szybko przeszły do potocznej polszczyzny. I tak człowieka nadmiernie oszczędnego do dziś wyzywa się od „Janusza”, członkinie grupek zwracają się do siebie per „Grażynki”, a stereotypowy młodzieniec z blokowiska zawsze będzie kojarzony jako „Seba”.

Spurdo, mechanizmy jak w gwarze poznańskiej i gondola?

Na koniec chciałbym się przyjrzeć sytuacji, gdy do polskiego języka zawitały zasady i słowa z zagranicznego nurtu. Spurdo Sparde, to nazwa postaci powstałej w roku 2009 w fińskim interneci. Tworzone zawsze po angielsku zawierały błędy gramatyczne charakteryzujące fińską wymowę języka angielskiego, tj. udźwięcznianie spółgłosek zwartych (p do b, k do g i tak dalej). Charakterystyczne formy szybko weszły do użycia w polskim języku w humorystycznych sytuacjach. Zastanawiacie się jak dokładnie brzmi ten „język”? Przykładowo gdyby owi internauci wzięli się za inwokację z „Pana Tadeusza”, dziś uczniowie uczyliby się następującego zdania: Lidwo Ojdżyzno moja, dy jezdeź jag zdrowie (oryginał chyba jednak brzmi lepiej).

Twór żywy i prawdziwy

Jak wiemy, język jest tworem żywym i zmienia się nieustannie, ewoluując wraz z jego użytkownikami. Omówione przeze mnie przykłady nie wyczerpują zbioru sytuacji, gdy internetowa kultura wpłynęła na język potoczny. Takie sytuacje były, są i będą obecne w naszym języku, możliwe nawet, że w jakimś zakątku sieci tworzy się właśnie kolejny trend, który zostanie z nami na lata. 

Mikołaj Matuszyk

1 Comment

  1. Damian

    ESENCJA TJ GOAT