CZY PANDORA DALEJ ZACHWYCA? OPINIA O FILMIE „AVATAR: OGIEŃ I POPIÓŁ” [RECENZJA]

Szumnie zapowiadana premiera „Avatar: Ogień i popiół” zamyka jak dotąd trylogię filmów pod tym szyldem. A co za tym idzie, jest to dzieło naturalnie podsumowujące całą serię, którą bez cienia wątpliwości można określić mianem popkulturowego fenomenu. Warto więc zastanowić się, czy w satysfakcjonujący i godny sposób kontynuuje to, co reżyser „Titanica” zaczął jeszcze przed szesnastoma laty.

Niewiarygodne jest, jak wielką sławą okryła się debiutująca w 2009 roku seria „Avatar” spod ręki Jamesa Camerona. Kiedy seria powróciła po 13 latach za sprawą „Istoty wody” w 2022 roku, w spodziewany sposób ponownie odniosła finansowy sukces, choć wokół filmu rozgorzały gorące dyskusje nad jego rzeczywistą jakością. Atakowano scenariusz, postaci czy pozbawiony dyskrecji banalny przekaz. Z innej strony, druga część zachwycała swoją wizualną oprawą jeszcze bardziej niż pierwsza, pokazując magię fikcyjnej planety Pandory.

„Avatar: Ogień i popiół” to sprawa o wiele bardziej skomplikowana. Po pierwsze jest on jak dotąd najdłuższy z serii. Po drugie, z racji tego, że może w teorii skończyć trylogię, można oczekiwać od niego zarówno bardziej skonkretyzowanego finału oraz poprawienia błędów poprzedników, jak i pewnych innowacyjnych elementów odświeżających całą serię. Wynika to z faktu, że choć Cameron zapowiadał nawet i powstanie pentalogii, wedle jego słów wszystko zależy od finansowych wyników kolejnych produkcji.

Reżyser moim zdaniem jednak nie podołał i stworzył dość rozczarowujące, proste i nieambitne kino, które w dużej mierze stoi na filarach postawionych przez wcześniejsze części. Lecz filary te chwiały się już od początku, a trzymały tylko z powodu paru zjawiskowych elementów, ograniczających się w większości do sfery wizualnej.

Nadmiar irytacji

Fabuła „Avatara: Ognia i popiołu” stanowi bezpośrednią kontynuację „Istoty wody”. Akcja dzieje się zaledwie kilka tygodni po tamtejszych wydarzeniach. Obserwujemy więc rodzinę Sully’ego pogrążoną w żałobie po śmierci starszego syna oraz plemiona Pandory dywagujące nad rozwiązaniem sprawy nasilających się najazdów ludzi. Film wielokrotnie odnosi się do poprzednich części i wymaga nieraz bardzo dokładnej wiedzy na ich temat.

Ocenę rozpocząć należy jednak od scenariuszowych niedoskonałości najnowszego „Avatara”. James Cameron ma bowiem zaledwie dwa pomysły na prowadzenie akcji filmu. W ten sposób zdecydowana większość wypadków postaci wynika z ich, napiszę to wprost, głupoty. Bohaterowie nie słuchają się nawzajem, nie wykonują rozkazów, działają niczym osobne jednostki, sprowadzając na siebie kolejne zagrożenia. Kłóci się to z faktem, że przez niemal cały czas trwania filmu próbuje się przekonać widza o jedności rodziny Sully’ego.

Jest też drugi sposób: sztuczne wstrzymanie konfliktu. Kolejny tradycyjny zabieg, w wyniku którego bohater, mając okazję zabić głównego antagonistę lub pozbawić go przewagi, nie robi tego, co rzecz jasna kończy się przybyciem posiłków i wpadnięciem bohatera w pułapkę.

Wyżej opisane techniki narracyjne nie mają u swoich fundamentów nic złego. Problem leży w tym, że są one stosowane notorycznie co kilkanaście minut, a zważywszy na ponad trzygodzinny metraż, pod koniec widz coraz bardziej oddala się emocjonalnie od bohaterów. Oba schematy scenariopisarskie powodują zaś, że film staje się irytujący, a działania postaci oraz ich spójność – zbyt łatwe do podważenia.

Potencjał zmarnowany

Kontynuując wątek scenariusza, pojawia się moja druga uwaga. Cameron nie był w stanie wystarczająco rozwinąć i satysfakcjonująco zakończyć żadnego z przedstawionych wątków w potężnym jak na filmy przygodowe metrażu.

Kiri (Sigourney Weaver) staje się motorem napędowym filmu, a jej tajemnica łączy się z sekretami samej Pandory, dając widzowi poczuć choćby na moment prawdziwą duchowość tego świata. Pająk otrzymuje o wiele więcej czasu ekranowego niż w drugiej części, a co ważniejsze – ma nareszcie co w tym filmie robić. Jego wewnętrzny konflikt i rozdarcie między dwiema figurami ojca – ludzkim i obcym – jest zresztą bardzo mocnym punktem filmu. Podobnie dzieje się z postacią Neytiri (Zoe Saldaña), która w końcu nie została spłaszczona tylko do roli wiecznie wrzeszczącej i rozpaczającej matki, a jej moralne dywagacje i palące się z nienawiści ogniki w oczach aż chce się śledzić.

Przez moment ma się wrażenie, że to właśnie te postaci mogą nadać serii nowy kierunek: bardziej duchowy i intymny. Niestety, potencjał ten został mimo wszystko zmarnowany, między innymi z powodu niezrozumiałego dla mnie stawiania wciąż na piedestale wątku Sully’ego (Sam Worthington) i Milesa (Stephen Lang), jakby on sam miał trzymać w ryzach cały świat „Avatara”. Po trzech bardzo długich filmach motywacje obydwu postaci są już jednak nieaktualne.

Tym większym okazuje się to problemem, im dokładniej zaczniemy przyglądać się dwójce naszych zwaśnionych bohaterów, których losy śledzimy przez większość czasu. Motywacje Jake’a Sully’ego zmieniają się chwilami jak w kalejdoskopie i trudno stwierdzić, co tak naprawdę chce osiągnąć na przestrzeni filmu. Miles natomiast stał się do granic absurdu przerysowany. Niektóre z jego monologów są skrajnie patetyczne, a na dodatek w każdej ważnej scenie rzuca tekstami, które choć w zamyśle mają rozładować napięcie, w praktyce jedynie przedłużają oczekiwanie na moment kulminacyjny. Jedynym jego plusem jest ciekawa relacja z nową postacią – Varang, mająca w sobie dużo niezdrowego fanatyzmu i brutalnej ekspresji.

Lecz chyba najbardziej zmarnowany potencjał tkwi właśnie w debiutującej antagonistce. Oona Chaplin prezentuje się w tej roli magnetycznie, wręcz pociągająco. A jednocześnie zostaje od połowy filmu spłaszczona do roli pomocniczej kochanki Milesa. Cameron sam stworzył absolutnie fantastyczną postać i otrzymał jeszcze lepszą aktorkę, lecz nie zrobił z tym nic interesującego. Varang pojawia się w tym filmie i równie szybko znika, w czym nie pomaga fiksacja reżysera na punkcie stałej pary Miles-Sully.

Schemat na schemacie pogania schemat

Podsumowaniem jednak powtarzalności i zmarnowanego potencjału scenariusza może być ogólna konstrukcja filmu. O ile prosta historia zbudowana na bazie już istniejących w kinie schematów sama w sobie nie jest zła, tak można w ten sposób nazwać kopiowanie rozwiązań z poprzednich części. Film ten praktycznie w całości stanowi recykling rozwiązań z jego poprzedników. Powtarzają się nawet konkretne sceny, czego najlepszym dowodem jest cały trzeci akt.

Ten scenariuszowy bałagan wynika moim zdaniem z kilku powodów. Pierwszym jest opisany przeze mnie konflikt Camerona między trzymaniem się już wytyczonych ścieżek a wprowadzaniem nowych wątków. Powód drugi stanowi zaś ostatnimi czasy popularna w kinie tendencja projektowania całego filmu wokół pojedynczych scen. Ma się wrażenie, że Cameron zarysował najpierw pewne wydarzenia, jakie mają mieć miejsce na ekranie, a dopiero później dobudowywał do nich resztę. W „Ogniu i popiele” pojawia się bowiem kilka naprawdę mocnych scen, które mogłyby zostać w głowie widza na dłużej, jednak to, co do nich prowadzi, skutecznie zamazuje dobre wrażenie.

Cudowne obrazy i… nuda?

Trzeci powód niestety wychodzi poza kwestie wyłącznie samego scenariusza. Mowa o czymś, co wygląda na kreatywny kryzys Jamesa Camerona. Nie da się ukryć, że tym, co trzymało dwie pierwsze części na powierzchni, były przede wszystkim popularne „widoczki”. Również trzecia odsłona bywa filmem przepięknym, a powiedziałbym nawet, że najlepszym wizualnie z całej trójcy. Jednak tkwi w tym pewien szkopuł.

„Istota wody” bowiem przedstawiała widzowi całkiem nowy biom. W przypadku trzeciego „Avatara” także pojawia się debiutujący krajobraz wulkaniczny, z rozciągającym się za horyzont szarym pustkowiem. Na przestrzeni trzech godzin mamy jednak okazję obserwować go przez ledwie kilka minut. Nawet najpiękniejsze kadry z lotu ptaka, które rzeczywiście się tu pojawiają, czy podwodna zabawa światłem bijącym od egzotycznych roślin, nie przesłoni faktu, że mamy tu do czynienia z właściwie syntezą ładnych obrazków dwóch poprzedników.

Powiązany z tym jest także mój zarzut do światotwórczego aspektu „Avatara”. Jeśli wszech i wobec uznaje się Pandorę już nie za miejsce służące opowiadaniu złożonych i ambitnych opowieści, a raczej kolejny program przyrodniczy Discovery Channel, warto potraktować ten świat na poważnie i na poważnie go rozwijać. Tymczasem nie pokazano w filmie szczegółowo żadnej nowej kultury, wierzeń czy zwyczajów. Choć debiutujące plemię ognia ma może i dwie sceny, które przedstawiają ich charakter, wciąż jest to jedynie powierzchowna prezentacja. O samej Pandorze trudno napisać więcej niż kilka przeglądowych zdań, a to może rozczarować głodnego świeżych informacji widza.

Ten film nie należy też do gatunku fantasy. To, że „Avatar” przestał być science fiction, nie jest niczym zaskakującym i był to raczej oczywisty ruch wobec ogólnego kierunku rozwoju serii. Przypomina on jednak teraz bardziej baśń niż poważne kino fantastyczne. To tak zwana „historia o sumie zerowej”, cytując Lema, traktowana w formie maszyny do noszenia morału, dla której wszystko inne staje się jedynie pomocą w spełnieniu tego zadania. W baśni nie ma nic złego, lecz tym wyróżnia się od fantasy, że jej rzeczywistość opiera się na umowności. Taki okazuje się najnowszy „Avatar”, gdzie Cameron nie trudzi się w wykładaniu widzowi niuansów czy rozwijaniu uniwersum.

A jaki to morał? Podobnie do dwóch poprzednich części, mówi o życiu w zgodzie z naturą i szanowaniu innych cywilizacji żyjących w obcych nam ekosystemach. To ponownie film o pozbawionych moralności ludziach, złych do szpiku kości i zagarniających naturę Pandory dla ekonomicznych korzyści. Choć to przekaz niewątpliwie słuszny, jednocześnie tak dosłowne wbijanie go do głowy widza jest dla niego prawdopodobnie największą obrazą.

Zalety?

Coby jednak nie mówić, najnowszy „Avatar” dalej zachwyci odbiorców pragnących ujrzeć cudowne krajobrazy za sprawą jeszcze piękniejszych ujęć. I dalej powoduje, że czasem człowiek zapomina o nurtujących go problemach, a rzeczywistość przestaje mieć na chwilę znaczenie. Wspomniane „kilka mocniejszych scen” potrafi natomiast obudzić z głębokiego snu i podnieść ciśnienie (w ten dobry sposób). Aktorzy zaś robią wszystko, co mogą, aby wskrzesić scenariusz i ożywić sztampowo napisane dialogi. Nieraz skutecznie. Szczególnie brylują tutaj wspomniana Oona Chaplin oraz Stephen Lang. Ośmielę się stwierdzić, że dla niejednej osoby wymienione elementy będą w pełni wystarczające, aby czerpać z filmu rozrywkę. Lecz według mnie wciąż są to jedyne rzeczy, o których mogę się wyrazić w pozytywnym tonie.

Warto, nie warto…

Moim zdaniem, „Avatar: Ogień i popiół” nie okazał się filmem spełniającym pokładane w nim nadzieje. O ile scenariuszowe niedociągnięcia, głupotę bohaterów czy stricte fabularne uproszczenia dałoby się wybaczyć, tak nie zachwycił mnie również stroną wizualną. To, co zobaczyłem na ekranie, choć piękne, widziałem już wcześniej w serii, kiedy sam oczekiwałem (podobnie jak w „Istocie wody”) czegoś choć trochę świeżego. I nawet jeśli kilka elementów, o których wspomniałem, sprawia, że nie uważam całokształtu filmu jako porażki, nie mogę też powiedzieć, iż z kina wyszedłem zadowolony. Spotkało mnie raczej rozczarowanie. Zabrakło ognia – został tylko popiół.

Jacek Adamczak