SUPERPUCHAR TYM RAZEM DLA LECHA!
Do dwóch razy sztuka! Lech Poznań zrewanżował się za ubiegłoroczną porażkę i tym razem sięgnął po wygraną w Superpucharze Polski. Górnik Zabrze się postawił, ale ostatecznie musiał uznać wyższość dobrze czujących się na boisku Enea Stadionu Lechitów.
To, czego Kolejorz nie zrobił rok temu, tym razem już osiągnął. Siódme trofeum w końcu wpadło do gabloty, dzięki czemu poznański klub stał się rekordzistą pod względem zwycięstw w Superpucharze Polski. Tym samym trener Niels Frederiksen może pochwalić się trzecim skalpem podczas swojej kadencji w wielkopolskim zespole.
– Przed meczem powiedziałem moim zawodnikom, że możemy stworzyć pewnego rodzaju tradycję w klubie, czyli kończyć sezon zdobyciem tytułu, a warto zacząć kolejne rozgrywki od wygrania trofeum. I to nam się udało, co mnie cieszy – zdradził Frederiksen, cytowany przez oficjalną stronę Lecha Poznań.
Bardziej gotowi niż przed rokiem
Jak wielką różnicę robi właściwe przygotowanie kadry zespołu na długo przed startem sezonu mogliśmy zobaczyć w finale Superpucharu na przykładzie Lechitów. Rok temu w przegranej rywalizacji z Legią Warszawa Niels Frederiksen musiał szyć z niczego i na skrzydłach wystawić odstającego poziomem od poznańskiej drużyny Bryana Fiabemę oraz nominalnego prawego obrońcę Joela Pereirę. Z Górnikiem zaś nie dość, że mocno prezentowała się wyjściowa jedenastka, to jeszcze spojrzenie na ławkę rezerwowych dodatkowo wywoływało efekt WOW. Trudno było znaleźć na niej niepasującego gracza.
Lech spędził obóz przygotowawczy w kompletnym składzie i to również było widoczne w jego poczynaniach. Prezentował się tak, jakby znajdował się blisko optymalnej formy. Nieźle budował ataki pozycyjne oraz płynnie przedostawał się na połowę Zabrzan. Piłkarze wiedzieli, jak mają grać. Oczywiście nie wszystko układało się idealnie, bo pod polem karnym pojawiały się trudności w tworzeniu sytuacji, a czasem zdarzały się niedokładne zagrania, natomiast ogólny obraz spotkania zadowalał.
Mimo straty bramki po kontrataku, co było bolączką niebiesko-białych w poprzednich rozgrywkach, do defensywy również trudno się przyczepić. Samo trafienie wynikało bardziej z pechowego kontaktu Pablo Rodrigueza z piłką. Z kolei Joel Pereira niewiele mógł zrobić w sytuacji, gdy sam musiał przeciwstawić się trójce rywali. Generalnie Górnik musiał opierać się na nieprzewidywalności Maksyma Chłania, bo gospodarze nie dawali się sforsować.
Solidne występy debiutantów
Przede wszystkim nasze oczy były zwrócone w stronę nowych nabytków Lecha. Od pierwszej minuty zagrali Mateusz Lis oraz Terry Yegbe. Obaj zdali sprawdziany na pięć. Pierwszy z nich co prawda stracił bramkę, ale stało się to po pojedynku jeden na jednego. Interweniowanie w takich momentach nigdy nie należy do łatwych zadań dla bramkarzy. Później jednak zanotował kilka ważnych obron. Emanował pewnością siebie i spokojem między słupkami. Przeżył ważny moment po oficjalnym powrocie do Dumy Wielkopolski.
– Mój początek był niezbyt wymarzony, bo nie miałem kontaktu z piłką, a już straciliśmy gola, ale jako drużyna fajnie się podnieśliśmy, pokazaliśmy charakter. Dobrą grą zasłużyliśmy na zwycięstwo, dla mnie to też trofeum do gabloty, więc jestem szczęśliwy. Bardzo chciałem dobrze zacząć przed taką publiką, bo jestem wychowankiem Lecha i kolejne interwencje pozwoliły mi złapać większy luz – powiedział Lis, którego wypowiedź podały klubowe media.
Podobnym opanowaniem do bramkarza imponował Yegbe. Pokazał to zwłaszcza w chwili, gdy zastopował już wybiegającego z piłką za linię obrony Erika Prekopa. Ciężar gatunkowy tej interwencji był spory, bo Ghańczyk ryzykował nawet czerwoną kartką. Ze starć ze wspomnianym Prekopem często wychodził zwycięsko. Zademonstrował to, co przedstawiano jako jego atut, czyli siłę fizyczną oraz szybkość. Z piłką przy nodze też na ogół się nie mylił.
– Czuję się niesamowicie. Dzięki kibicom, zawodnikom i sztabowi zaadaptowałem się bardzo szybko w Lechu i czuję się tutaj bardzo dobrze. Górnik skupił się głównie na kontratakach, kiedy byliśmy trochę za bardzo otwarci, wtedy byli groźni. Kiedy broniliśmy niżej, było nam o wiele łatwiej ich zatrzymywać. Górnik to dobry zespół, ale my dzisiaj byliśmy lepsi – podsumował mecz środkowy obrońca, którego słowa przytoczyła strona Kolejorza.
Poza tą dwójką na boisku pojawił się jeszcze Allahyar Sayyadmanesh. Irańczyk nie zaznaczył swojego wejścia z ławki niczym szczególnym – ewentualnie próbą napędzenia ataku z Filipem Jagiełło. Na większe fajerwerki ze strony skrzydłowego trzeba będzie poczekać.
Mikołaj Dilc
