CYTADELA GRA

Fot. Angelika Stohnij

Siedemnasta edycja festiwalu Żywiec Męskie Granie odbyła się w dniach 10 i 11 lipca 2026 r. w poznańskiej Cytadeli. Line-up wyraźnie przyciągnął dojrzałą publiczność, co można było zauważyć jeszcze przed bramą wejściową. Nie brakowało przy tym młodzieży, a przede wszystkim atmosfery, pulsującej elektryzującą energią, napędzaną znakomitą muzyką prezentowaną na żywo przez polskich wykonawców.

Na czterech scenach można było w tych dniach usłyszeć debiutantów oraz kultowe zespoły, ale też posłuchać rozmów z niezwykłymi postaciami, jak na przykład z Piotrem Roguckim, liderem zespołu Coma, który wraz z Moniką „Mimi” Wydrzyńską dyskutował o książkach. Poniżej relacja z drugiego dnia festiwalu.

O rzut beretem

W tym roku organizatorzy wydarzenia wyszli naprzeciw potrzebom widzów, z których ci być może nie zdawali sobie nawet sprawy. Scena główna oraz Scena Ż zostały ustawione w niewielkiej odległości od siebie, dzięki czemu napawanie się muzyką z nich płynącą nie wymagało przemieszczania się między nimi niczym piłeczka pingpongowa. Zalety tego manewru są nieocenione dla wszystkich, którzy wiedzą jak cenne jest kolejkowanie przed otwarciem bram na wydarzenie, zdobycie barierek i utrzymanie ich (oraz, w pewnym już wieku, siebie) aż do występu wyczekiwanej gwiazdy wieczoru. Wciąż niemożliwością jest zobaczenie wszystkiego, co oferuje Żywiec Męskie Granie (a to ze względu na zazębiające się wydarzenia), choć odpowiednio dobrane miejsce pozwala ograniczyć konieczność wybierania między artystami. 

„Chce się Ż”

Sobota w Parku Cytadela przywitała uczestników wydarzenia bajeczną pogodą, taką „nie za słodką” – a brak oparzeń słonecznych jako pamiątki po festiwalowych uciechach to niebłaha sprawa. Zielony teren wprowadzał w radosny nastrój jeszcze przed dotarciem pod scenę. Koncerty drugiego dnia otworzył Wiktor Waligóra, którego czysty liryczny wokal ujmuje serce i zachęca do rytmicznych podrygów, a jeśli ktoś woli, to nawet tańca. Popołudniowe lipcowe słońce zanurzało muzyczne podróże w złocistym blasku. Takie popołudnia zapadają w najgłębsze rejony duszy, są niegasnącymi iskierkami szczęścia. Kolejny koncert, tym razem na Scenie Ż, dał zespół Metro, debiutujący w tym roku na Żywiec Męskie Granie. Artystyczna wizja zaprezentowana przez panów wizualnie przywodziła na myśl połączenie estetyki filmów reżysera Guya Ritchiego z londyńskimi divami punkowej sceny muzycznej, w ich przypadku została osadzona na fundamentach solidnej, dopracowanej muzyki, połączonej z przyciągającymi uwagę tekstami.

Święto muzyki z nutą książek

Niemałą gratką było zaplanowane spotkanie z Piotrem Roguckim i Moniką „Mimi” Wydrzyńską, którzy opowiadać mieli o swoich wędrówkach po świecie książek. W oczekiwaniu na rozmowę w namiocie Radia 357 bez problemu można było cieszyć się występem Natalii Przybysz. Był to jej hołd wobec poety-muzyka, który, choć odszedł, pozostawił po sobie znakomitą spuściznę i to właśnie jej wartość oraz miejsce wśród polskiej sztuki podkreśla „Tribute to Soyka”. Projekt, poza muzyką, zawiera wycinki wspomnień Przybysz o artyście, przybliża jego sylwetkę, pogłębiając tym samym doznanie płynące z obcowania z jego utworami zaprezentowanymi przez artystkę. Gdy jednak przyszedł czas, muzyka przestała grać pierwszorzędną rolę i oddała scenę literaturze. Znany z poetyckich tekstów Piotr Rogucki podzielił się tytułami, które kradną w ostatnim czasie jego uwagę, ujawnił zachłanność do nabywania książek i wręcz ich czytelniczego pożerania, a także skłonnością do znanego molom książkowym natchnionego zakreślania fragmentów zmieniających życie, do których jednak rzadko kiedy później wracamy. Podobnie swoją relację z książkami opisała Monika Wydrzyńska, która od książkowego ascetyzmu niedopuszczającego jakichkolwiek zaznaczeń na świętości papieru, powodowana tragedią pod postacią zalania pewnej książki, oddała dawne nawyki walkowerem i przeszła do obozu bazgraczy i notujących okrutników, do których autorka niniejszego tekstu również dumnie się zalicza.

O zachodzie słońca

Powrót na dużą scenę na koncert Igo dał wiele powodów do tańczenia i po prostu cieszenia się życiem, bez trosk i zmartwień. Wytchnienie przyniosły kojące jazzowe dźwięki dobiegające z sąsiedniej sceny, którą przejęła Anna Maria Jopek. Przerwa była potrzebna na regenerację, bo już wkrótce scena główna na powrót ożyła, a nawet zapłonęła, kiedy pojawili się na niej zamaskowani panowie z zespołu Coma. Od powrotu w 2024 roku stale udowadniają, że był to znakomity pomysł, a to, co wyczyniają na scenie, jest obezwładniającym emocjonalnym rollercoasterem, który prowadzi fanów przez najróżniejsze stany: od spokojnego zanurzenia w romantycznych balladach, przez te skłaniające do duchowej refleksji, po przyspieszające krew w żyłach utwory, którym dusza nie da się oprzeć. Powiedzieć za Goethe’owskim Faustem: „Chwilo trwaj!” nie byłoby tu przesadą. Po tych przerastających możliwości ludzkich receptorów emocjach w ciemności rozbrzmiał Lordofon, dodając współczesny obraz miłości do puli dnia. I wreszcie finał festiwalu, czyli Orkiestra Żywiec Męskie Granie, w której tegorocznymi gwiazdami była Zalia, Vito Bambino oraz Igor Herbut. Taka dawka odurzającego swoją mocą wokalu wystarczy, żeby przekonać każdego niedowiarka, że współczesna polska muzyka ma się wspaniale. Pomysłowe aranżacje piosenek znanych z radiowych list przebojów zapewniły cudowną zabawę zgromadzonym tej letniej nocy na święcie muzyki. Późna noc nie przeszkodziła w śpiewaniu wraz z artystami takich hitów jak „Mój przyjacielu” Gorana Bregovića i Krzysztofa Krawczyka czy „Tyle słońca w całym mieście” Anny Jantar. Niektóre utwory zyskały pewne dodatkowe smaczki, które uzupełniają ich treść. Dlatego warto wybrać się na pozostałe koncerty z tegorocznego cyklu Żywiec Męskie Granie i poznać nowe aranżacje, zanim zostaną one wydane na płycie, na którą przyjdzie trochę poczekać.

Angelika Stohnij