BEZ ZASKOCZENIA. LECH EFEKTOWNIE ROZPRAWIŁ SIĘ U SIEBIE Z BRUK-BETEM

Fot. Mikołaj Dilc

Pewne zwycięstwo pomimo tąpnięcia. W ostatnim meczu przed przerwą reprezentacyjną Lech Poznań pokonał 4 : 1 Bruk-Bet Termalikę Nieciecza. Losy rywalizacji rozstrzygnęły się właściwie w pierwszej połowie. Poznaniakom nie przeszkodziła nawet chwilowa utrata koncentracji.

Innego obrotu spraw niż zwycięstwo nie należało się spodziewać. Poprzednim razem, kiedy Lech stracił punkty w pojedynku z Bruk-Betem, w jego barwach po ekstraklasowych boiskach biegali Łukasz Trałka, Tomasz Kędziora czy Jan Bednarek. Był to sierpień 2016 roku, pomiędzy drużynami padł remis. Z kolei ostatnia wygrana Niecieczan miała miejsce niecały rok wcześniej – wtedy zwyciężyli oni 3 : 1. W Poznaniu faktem stała się ósma wygrana z rzędu z klubem państwa Danuty i Krzysztofa Witkowskich. Ważniejsza jest jednak inna passa, o której mówił podczas pomeczowej konferencji prasowej trener Niels Frederiksen.

– Mamy dużo powodów do zadowolenia po tym spotkaniu. Sięgnęliśmy po szóste zwycięstwo na siedem ostatnio rozegranych meczów w lidze. Nie wydaje mi się, żeby jakaś drużyna mogła pochwalić się do tej pory taką serią w tym sezonie – przytoczyła jego słowa oficjalna strona Lecha Poznań.

Pierwsza połowa znów fenomenalna

W ostatnich spotkaniach Kolejorz świetnie wchodził w rywalizacje. W pierwszych 45 minutach rywalizacji z Szachtarem Donieck zdołał odrobić straty z Poznania i sprawić, że ukraiński zespół wyglądał bardzo niemrawo. Przeciwko Zagłębiu Lubin, z którym mierzył się kilka dni wcześniej, też totalnie zdominował wydarzenia boiskowe podczas pierwszej części gry. 

Nie inaczej stało się ze Słonikami. Choć mogły one objąć prowadzenie już na początku meczu, to później nie istniały. Kompletnie przegrały walkę o środek pola. Mnożyły się kolejne akcje ich rywali. Przyjezdny zespół nie nadążał za pewnymi siebie, skoncentrowanymi na otwarciu wyniku Poznaniakami. Ci natomiast jakby gonili niezwykle przebiegłego króliczka – gdy wydawało się, że już go złapią i osiągną swój cel, to ten się wymykał. Piłka nie chciała zatrzepotać w siatce.

Wtedy sprawę w swoje ręce, a raczej nogi, wziął Leo Bengtsson. Szwed od 19 października zeszłego roku nie strzelił żadnej bramki. Przerwał tą posuchę w iście spektakularny sposób. W 33. minucie podszedł do rzutu wolnego. Huknął tak, że trafił w poprzeczkę, ale futbolówka przekroczyła linię bramkową. Niedługo później mógł cieszyć się z drugiego gola, tym razem po dobitce strzału Mikaela Ishaka. 

Gospodarze tak się rozstrzelali, że nie chcieli przestać. Do przerwy zdobyli jeszcze jedno trafienie. Pablo Rodríguez zagrał w tempo do wbiegającego za obrońców Alego Gholizadeha. Trzeba zauważyć, że wydarzyło się to na wysokości linii środkowej boiska. Irańczyk przyjął podanie, minął bramkarza Bruk-Betu, Adriana Chovana, który wyszedł zaskakująco wysoko, a potem, mając autostradę do bramki, wykończył kontrę. 

– Czuje się wspaniale. Myślę, że zagraliśmy bardzo dobrą pierwszą połowę, strzeliliśmy trzy fantastyczne gole – dzielił się odczuciami Bengtsson na łamach strony Lecha.

Spadek koncentracji

Druga część miała być już tylko formalnością, ale niespodziewanie obfitowała w kolejne emocje. Drużyna z Niecieczy w 65. minucie zdołała strzelić bramkę na 1 : 3. Wszystko przez przegrany pojedynek fizyczny Gisliego Thordarsona. Sytuacji nie potrafił też skasować Antoni Kozubal. Zabrakło chyba ponadto odpowiedniego wyczucia sytuacji przez Mateusza Skrzypczaka.

A w 68. minucie mogło zrobić się 2 : 3, bo goście ponownie trafili. Tym razem Lecha uchronił faul strzelca. Atmosfera stała się nerwowa. Trochę problemów z zabezpieczeniem środka pola mieli Thordarson i Kozubal. Na szczęście trener Frederiksen wkrótce zdołał opanować podopiecznych, którzy robili sporo, aby doszło do nieoczekiwanego odrobienia strat. Pomogła też druga żółta kartka dla Krzysztofa Kubicy, przez co Niecieczanie kończyli mecz w dziesiątkę.

Kolejorz wrócił do swojego grania. Radził sobie z kolejnymi zrywami zespołu trenera Marcina Brosza, kontrolując spotkanie posiadaniem piłki. Starcie zamknął definitywnie Taofeek Ismaheel, który pokonał Chovana po ślicznej urody uderzeniu z dystansu. Dla Nigeryjczyka, lubiącego zdobywać skalpy w Lidze Konferencji, było to pierwsze trafienie w tym sezonie Ekstraklasy. Lepiej późno niż wcale.

– Mieliśmy trudny kwadrans, w którym musieliśmy ponownie wejść w rytm meczu i walczyć o piłkę, ale myślę, że po czerwonej kartce gości mecz był już przesądzony – podsumował Bengtsson.

Klub z Poznania zakończył trwający od lutego maraton meczów. Czas na przerwę reprezentacyjną, po której przyjdzie mu zmierzyć się w ostatniej, decydującej o losach mistrzostwa fazie rozgrywek.

Mikołaj Dilc